fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Tomasz Krzyżak: Wszyscy biskupi na kwarantannę

Podczas mszy św. w łódzkiej katedrze (5 września) tylko kilku koncelebrujących biskupów miało na twarzach maseczki
GRZEGORZ MICHAŁOWSKI/PAP
Samoizolacja hierarchów, którzy byli na zebraniu w Łodzi, byłaby dobrym przykładem dla tych, którzy wciąż lekceważą pandemię.

„Mając na uwadze bardzo trudną sytuację epidemiologiczną w kraju, podczas Zebrania Plenarnego Konferencji Episkopatu Polski w Łodzi dołożono wszelkich starań, aby były zachowane wszystkie możliwie dostępne środki bezpieczeństwa – maseczki, płyny do dezynfekcji, zachowanie dystansu, wietrzenie pomieszczeń. Księża Biskupi, na otwartej przestrzeni na placu przy katedrze łódzkiej, poproszeni przez fotografa, zdjęli maseczki na moment wykonania wspólnego zdjęcia” – napisało 8 października Biuro Prasowe KEP w oświadczeniu wydanym krótko po tym jak na biskupów spadła krytyka za to, że podczas zebrania w Łodzi zdjęli maseczki i zapozowali do wspólnego zdjęcia.

Tak, podczas odbywającego się w dniach 5-6 października w Łodzi i Pabianicach zebrania starano się dochować zasad bezpieczeństwa. Były maseczki, płyny do dezynfekcji, na sali obrad biskupi siedzieli przy osobnych stolikach ustawionych w przepisowych odległościach.

Ale podczas sprawowania liturgii czy pozując do słynnego już zdjęcia maseczek nie mieli. Okazuje się, że „moment” wystarczył do tego, by się pozarażać. Najpierw pozytywny wynik na koronawirusa wykazał test u metropolity katowickiego abp. Wiktora Skworca, potem okazało się, że chorzy są biskupi opolscy Andrzej Czaja i Rudolf Pierskała, dodatni wynik testu dostał też bp Artur Miziński (sekretarz generalny KEP), a także biskupi zielonogórsko-gorzowscy Tadeusz Lityński i Paweł Socha, chory jest także biskup pomocniczy z Poznania - Szymon Sułkowski. Przewodniczący KEP, abp Stanisław Gądecki, który miał kontakt z bp. Mizińskim poddał się samoizolacji. Na pracę zdalną udali się wszyscy pracownicy Sekretariatu KEP w Warszawie, kurie w Poznaniu, Opolu czy Zielonej Górze też.

Wszystkie zachorowania biskupów miały miejsce w ciągu ośmiu dni od zebrania - wirusolodzy od dawna wbijają nam do głów, że testy wykazują obecność wirusa od 5 do 12 po kontakcie z osobą chorą. Nie trzeba się specjalnie wysilać, by stwierdzić, że ktoś do Łodzi z chorobą przyjechał. Nieważne kto. Ważne, że są tego konsekwencje.

W marcu, gdy pandemia nie miała takiej skali, jak obecnie zebranie odwołano, potem – w czerwcu - przekładano je raz jeszcze, bo pół Sekretariatu KEP było na kwarantannie. Teraz, gdy słupki zachorowań zaczęły iść gwałtownie w górę, nie zrobiono tego. Biskupi – podobnie zresztą jak większość społeczeństwa – dali się uśpić. Ulegli złudzeniu i zapewnieniom, że sytuacja jest opanowana. Nie jest.

Denerwujemy się na polityków, którzy paradują bez maseczek. Drażni nas widok przechodniów, którzy nie zasłaniają ust i nosa. Biskupi wiele razy w czasie pandemii mówili i pisali o potrzebie odpowiedzialności. A tymczasem – jak gdyby nigdy nic, jakby nie dziesiątkował ich wirus – sprawują liturgie, bierzmują, spotykają się z ludźmi. Arcybiskup Grzegorz Ryś pojechał do Lublina na „Debatę dwóch ambon”, abp Stanisław Budzik w tym samym mieście organizuje Kongres Kultury Chrześcijańskiej, na który przyjeżdżają m.in. kard. Kurt Koch czy kard. Gerhard L. Muller.

Inni biskupi też nie ograniczają specjalnie swoich aktywności. A chyba należałoby. Nie tylko z troski o siebie, ale przede wszystkim o nas – wiernych. Wydaje się, że wszyscy – jak jeden mąż, solidarnie – powinni poddać się kwarantannie. Taka samoizolacja byłaby doskonałym przykładem odpowiedzialności. Przez kilka dni bez ich obecności Kościół w Polsce się nie zawali. A hierarchowie mieliby czas na modlitwę i przemyślenia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA