11 listopada

Bartkiewicz: Marsz poszukiwaczy komunizmu

AFP
Dobra wiadomość: w dniu 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości przez Warszawę przepłynęło morze biało-czerwonych flag. Zła wiadomość: mamy w Polsce młodych ludzi, których rozpiera energia, ale nie pożytkują jej zbyt mądrze.

Mimo obaw marsz rządowy, połączony z Marszem Niepodległości (choć oddzielony od niego dość wyraźnie przez minidefiladę wojskową), przebiegł dość spokojnie. Czoło  marszu – z prezydentem Andrzejem Dudą, premierem Mateuszem Morawieckim, prezesem Jarosławem Kaczyńskim – prezentowało się dostojnie i statecznie – trochę podobnie do tego, jak wyglądały marsze organizowane przez Bronisława Komorowskiego w czasach jego prezydentury. Z tyłu nie zabrakło kilku stałych punktów programu: rac, petard, flag występujących „gościnnie” włoskich neofaszystów z Forza Nuova, niezbyt entuzjastycznego potraktowania kontrdemonstrantów – ale obyło się bez poważnych incydentów.

Biorąc pod uwagę, że rząd i prezydent zorganizowali wspólny marsz w cztery dni – trzeba wyrazić uznanie dla zdolności organizacyjnych. To była prowizorka i nadal trudno zrozumieć dlaczego czegoś, co zorganizowano w cztery dni, nie można było przygotować wiele miesięcy temu – ale nie było katastrofy. Ba, był nawet frekwencyjny sukces – wstępne szacunki mówią nawet o 200 tysiącach uczestników marszu, a przecież rok temu było to jedynie ok. 60 tysięcy (choć to i tak duża liczba). Niewątpliwie idący na czele marszu politycy PiS te 200 tys. uczestników przypiszą swojemu udziałowi. Pod tym względem rząd może nawet – nieoczekiwanie – zapunktować.

Czytaj także: Warszawa: Dwa marsze, "czerwona hołota" i race

Im dalej od czoła marszu, tym było jednak mniej kolorowo. Tradycyjnie – wbrew obowiązującym przepisom – w tłumie odpalano race, i jako że żadnej z nich nie trzymał w ręku Andrzej Halicki  ani Sławomir Neumann, pewnie tradycyjnie skończy się na przekonywaniu, że to po prostu taki lokalny folklor i w sumie piękny obrazek. Tradycyjnie też niektórzy maszerowali w rytm okrzyków w rodzaju „raz sierpem i młotem czerwoną hołotę”, „a na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści”, czy – spopularyzowanemu niegdyś przez Joachima Brudzińskiego i Jarosława Kaczyńskiego zawołaniu - „cała Polska z was się śmieje, komuniści i złodzieje”. Młodzież Wszechpolska na swoim profilu na Twitterze nie omieszkała także poinformować o spaleniu flagi UE w akompaniamencie okrzyków „Precz z Unią Europejską”.    

Owszem, bohaterską gotowość młodych ludzi do walki z komunizmem można – przy odrobinie dobrej woli – potraktować jako oddanie hołdu bijącemu bolszewików Józefowi Piłsudskiemu, a frazę o “złodziejach”, z których śmieje się Polska, potraktować jako sprzeciw wobec łamania prawa (chyba że chodzi o odpalanie rac w tłumie). Być może też agresję skandujących o komunistach wiszących na drzewach budzi sposób rządzenia krajem przez Kim Dzong Una – bez wątpienia komunistę. Trudniej już jednak wytłumaczyć zaproszenie na marsz Włochów z Forza Nuova (to ugrupowanie chce m.in. wycofać Włochy z NATO i usunąć je z amerykańskiej strefy wpływów, a także uchylenia praw zakazujących propagowania faszyzmu), czy spalenie flagi UE.

Dr hab. Sławomir Sowiński komentując przebieg marszu w jednej ze stacji telewizyjnych zwrócił uwagę, że warto zapytać dokąd ten marsz miał zmierzać. Prezydent czy premier przeszli przez Most Poniatowskiego – i pojechali w swoją stronę. A myślę, że powinni mimo wszystko bardziej zainteresować się tymi, którzy szli gdzieś daleko za nimi i – mówiąc eufemistycznie – nie do końca prezentowali poglądy zgodne z polską racją stanu.

Cieszę się, że premier w przededniu święta niepodległości mówił, że obecność w UE jest stałym elementem polskiej polityki zagranicznej. Jeszcze bardziej ucieszę się jeśli, jutro czy pojutrze, dziękując za tak liczną obecność Polaków na marszu – powie, że ci, którzy palili flagę UE, czy zapraszali na marsz włoskich neofaszystów – szkodzą Polsce. I wyjaśni, że na walkę z komunistami był czas, gdy realnie nam zagrażali, a nie dziś, gdy szukać trzeba ich w Korei Północnej i na Kubie. Dziś zagrożenia są zupełnie inne. I do uporania się z nimi bardziej niż czerwonych rac potrzeba mądrości.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL