Samorządy, które uwierzyły, że rząd wyśle obowiązkowo sześciolatki do szkół w 2012 r., są rozczarowane odłożeniem tej decyzji.

Nie podoba im się pomysł Ministerstwa Edukacji Narodowej, które przygotowało projekt ustawy zakładający, że dzieci w tym wieku trafią do szkół obowiązkowo dopiero we wrześniu 2014 r.

Dotyczy to zwłaszcza tych gmin, które przez trzy ostatnie lata namawiały rodziców, aby posłali sześciolatki do szkół. Wydały na promocję obniżenia wieku szkolnego i przygotowanie szkół do przyjęcia maluchów tysiące złotych.

Zobacz »

Samorząd

»

Zadania

»

Oświata i edukacja

Teraz może się okazać, że na darmo. Bez względu na plany rządu chcą więc, aby już w przyszłym roku jak najwięcej dzieci rozpoczęło naukę w pierwszych klasach.

Chaos w finansach  i przedszkolach

Najważniejszym powodem są pieniądze. Każdy sześciolatek w szkole to dla samorządu dodatkowa subwencja z budżetu. Koszty edukacji takiego dziecka w przedszkolu ponosi samodzielnie gmina. A z danych MEN wynika, że w 2010 r. na kształcenie maluchów samorządy dostały 141 mln zł. W 2011 r., jak dowiedziała się "Rz", kwota ta wzrosła do 260 mln zł. W dodatku w  2012 r. pieniędzy na każdego ucznia ma być więcej niż w 2011 r. – rocznie średnio 4,9 tys. zł. W tym roku jest to kwota 4,7 tys. zł.

Wiele samorządów tak zaplanowało budżety na 2012 r., jakby wszystkie sześciolatki miały być w szkołach. – Zapowiedź MEN powoduje chaos – mówi Filip Szatanik, zastępca dyrektora z krakowskiego Urzędu Miasta.

Kraków liczył, że we wrześniu do szkół pójdzie 6 tys. sześciolatków. Ile z nich rodzice zdecydują się posłać? Nie wiadomo. W tym roku uczy się w pierwszych klasach 2 tys. z ok. 8 tys. maluchów.

– Przez dwa lata przekonywaliśmy rodziców, że to dobry pomysł. Prowadziliśmy kampanię "Sześciolatku, nie trać roku!". Wydawaliśmy poradniki, ulotki, plakaty – opowiada Szatanik. Kosztowało to miasto blisko 40 tys. zł.

Nie tylko Kraków inwestował w promocję reformy. – Rodzice nowego rocznika dzieci staną przed dylematem: posłać dziecko do szkoły czy nie. Dodrukujemy więc poradnik, który już wcześniej rozdawaliśmy. Dodruk 20 tys. egzemplarzy będzie nas kosztował ok. 30 tys. zł – mówi Beata Murawska, zastępca dyrektora Biura Edukacji Miasta Stołecznego Warszawy.

Ile dotąd stolica wydała na akcje informacyjne? – Trudno to oszacować. Każda dzielnica robiła konferencje, spotkania i warsztaty dla rodziców. Wszystko po to, by jak najwięcej sześciolatków rozpoczęło naukę – opowiada Murawska. Efekt? Niemal co drugi stołeczny maluch (6 tys.) uczy się w pierwszej klasie.

– Jestem po spotkaniu z dyrektorami łęczyckich podstawówek; są rozczarowani decyzjami MEN – mówi z kolei Krystyna Pawlak, sekretarz Unii Miasteczek Polskich, wicestarosta powiatu łęczyckiego. – Pytają, jak mają zmienić front i mówić rodzicom, że jednak wcale nie trzeba posyłać sześciolatków w 2012 r. do szkoły.

W dodatku w małych miejscowościach decyzja resortu edukacji spowoduje, że podstawówkom zabraknie uczniów.

– W powiecie łęczyckim są placówki, w których 100 proc. sześciolatków poszło w 2011 r. do szkół. Jeśli rodzice nie poślą dzieci sześcioletnich w 2012 r., to te szkoły nie będą miały naboru – opowiada Pawlak.

Gminy obawiają się też, że sześciolatki zabiorą miejsca w przedszkolach młodszym dzieciom. Tak będzie np. w Kielcach. – Zakładaliśmy, że od września będziemy mieć miejsca dla wszystkich dzieci w wieku od trzech do pięciu lat. Odwlekanie posłania sześciolatków do szkół powoduje, że sytuacja w przedszkolach jest nieprzewidywalna – mówi Andrzej Sygut, wiceprezydent Kielc.

Na ten sam problem zwraca uwagę Kraków, który liczył, że w 2012 r. wszystkie dzieci w wieku od trzech do pięciu lat znajdą miejsca w przedszkolach. Zwykle brakuje ich  1 – 1,5 tys.

Poszkodowane będą najmłodsze dzieci, bo gminy muszą w pierwszej kolejności przyjąć sześcio- i pięciolatki. Z obowiązku przygotowania przedszkolnego dzieci pięcioletnich MEN nie zamierza rezygnować, mimo przesunięcia w czasie obowiązkowego posłania sześciolatków do szkół.

Zyskają nieufni

Są jednak gminy, które odłożenie reformy przyjmują ze spokojem. To przeważnie te samorządy, które od początku wprowadzania przez MEN zmian czekały jedynie na działania rządu i nie przekonywały mieszkańców, że sześciolatki w szkole to dobry pomysł. Takim przykładem jest 40-tysięczna Nowa Sól (woj. lubuskie). We wrześniu do pierwszych klas poszło tam 40 sześciolatków.

– To niewiele – przyznaje Ewa Batko, rzeczniczka magistratu. – Szkoły zyskały jednak trochę czasu, by lepiej się do reformy przygotować.

na rozwój wypadków czeka też Lublin, który nie promował reformy. – Niemal połowa szkół nie ma jeszcze placów zabaw. Z tego względu dla nas lepsze jest odłożenie reformy – mówi Piotr Burek, zastępca dyrektora wydziału oświaty.