Profesor mówiła, że trwające obecnie zamieszanie związane z wyborami prezydenckimi, oprócz naruszeń prawnych - konstytucji, regulaminu Sejmu czy Kodeksu wyborczego - godzi w jej poczucie obywatelskości.
- Najbardziej dla mnie przykre jest coś, co pozornie dotyczy nie sfery prawa, ale mojej obywatelskości - mówiła. - Jestem obywatelką. Niewiele ode mnie w rzeczywistości zależy, raz na jakiś czas żądają, abym poszła do wyborów. I wtedy jestem cząsteczka tej wielkiej grupy, która w jakiś sposób daje wyraz swoich suwerennych wyborów.
Profesor stwierdziła, że forsująca termin wyborów partia rządząca z jednej strony chce, żeby oddała głos, a z drugiej - Mam o to prosić? - pytała.
- Ktoś powiedział, że dawać i prosić to razem zbyt wiele. Mam takie uczucie, że ktoś czegoś ode mnie chce, a jednocześnie mnie w bezbrzeżny sposób lekceważy - stwierdziła prof. Łętowska.
Oceniając przygotowania do ewentualnych wyborów korespondencyjnych profesor oceniła, że "obecnie żyjemy jak w czeskim filmie: nikt nic nie wie".
Jej zdaniem sytuacja jest poważna, o czym może świadczyć "pogwałcenie wszystkich zasad", a także wyciek kart do głosowania. - Może je trzeba dodawać do gazet? - pytała kpiąco profesor.
Mówiła także, że pragmatycy namawiając do uczestniczenia w wyborach, gdyż ich zdaniem odmowa zwiększy szanse wygranej przedstawiciela obozu rządzącego, także nie mają pewności, czy oddane głosy zostaną właściwie policzone, czy się "nie zgubią".
- Kiedy jestem w teatrze i sztuka mi się nie podoba- wychodzę. Może to nieeleganckie, ale tak robię - mówiła. - I to jest moja odpowiedź na pytanie, czy wezmę udział w wyborach.