"Rzeczpospolita": Dlaczego zdecydował się pan kandydować do Senatu?

Roman Giertych, były wicepremier i minister edukacji, były lider Ligi Polskich Rodzin:
Chcę wziąć udział w wyborach parlamentarnych. Nie należę i nie chcę należeć do żadnej partii politycznej. Dlatego postanowiłem wystartować w okręgu, w którym mieszkam, obejmującym Otwock, Grodzisk, Pruszków, Piaseczno (podwarszawskie miejscowości – red.).

PO nie wystawi swojego kandydata w tym okręgu?


Nie wiem. Na jej miejscu nie wystawiałbym kandydata do Senatu w okręgu, z którego ja będę kandydował.

Dlaczego?


Badania, które zleciłem dla IBRiS pokazują, że jeśli PO nie wystawi kandydata, mój wynik będzie dwukrotnie większy niż kandydata PiS.

A jeśli PO zrobi inaczej?

Wtedy głosy się podzielą i może się okazać, że sondażowa kilkuprocentowa przewaga nie wystarczy. Na tym może wygrać tylko PiS.

Czy zbadał pan, na jaki elektorat może liczyć?

Z sondażu wynika, że chce na mnie głosować 68 proc. wyborców PO i 22 proc. – PiS.

W czasach Ligi Polskich Rodzin wydawałoby się czymś nieprawdopodobnym, żeby wyborcy PO oddali na pana głos.

Czasy się zmieniają. Ludzie się zmieniają.

Co pan chce robić w Senacie, tej nieco ospałej części parlamentu?

Jeśli zdobędę mandat, to w każdym z okręgów otworzę biuro senatorskie, gdzie za darmo będą udzielane porady prawne przez ludzi, których będę nadzorował. Chcę w pewnym sensie objąć opieką prawną mieszkańców mego okręgu, szczególnie w sprawach, w których po drugiej stronie mają urząd skarbowy czy urząd gminy. Moje wejście do Senatu oznaczałoby może, że w jakimś stopniu jego postrzeganie się zmieni.

Autopromocja
PRENUMERATA 2022

Znacznie więcej o biznesie, finansach oraz prawie

Zaprenumeruj

Już Radosław Sikorski jako marszałek zapowiadał, że zmieni wizerunek Sejmu.

Nie sądzę, żeby złe postrzeganie Sejmu było jego winą.

Wyobraża pan sobie Radosława Sikorskiego obok siebie w Senacie?

Publicznie namawiam go do kandydowania. Gdyby obu nam udało się tam dostać, moglibyśmy zrobić więcej.

Michała Kamińskiego również widzi pan w Senacie?

Powinien kandydować do Sejmu, ponieważ on oddaje się polityce w 100 proc. Zrezygnował z bardzo intratnej pracy, aby służyć politycznie. Ja zamierzam kontynuować swoją działalność adwokacką i nie zamierzam pobierać pensji senatora. Ona kosztuje podatnik, w ciągu kadencji, około miliona złotych. Wybierając mnie, Polacy wybiorą tańsze państwo.

W zamian dostanie pan immunitet.

Jestem za zniesieniem immunitetów parlamentarzystów. Nie mam żadnej sprawy karnej, nie toczy się żadne śledztwo, które by mnie dotyczyło. Nie potrzebuję immunitetu. Potrzebuję mandatu do publicznego wypowiadania się. Może istnieć obawa, że w następnej kadencji nie będę reprezentował w procesach sądowych marszałka Sejmu, ministrów, wicepremierów i dzieci premiera. Może okazać się, że tych spraw będzie więcej, ale po stronie opozycji, a nie rządu.

Zakłada pan, że PO przegra wybory, a jej członkowie mają sporo na sumieniu?

Jeśli wybory parlamentarne wygra PiS, to nastąpi duży wzrost liczby postępowań karnych dotyczących osób publicznych, bo PiS będzie chciał udowodnić istnienie układu. Już dzisiaj zapowiada stosowanie masowych prowokacji. W prawie karnym wszystko jest kwestią interpretacji.

Po wyborach rozbuduję wydział karny w mojej kancelarii –obecnie liczy trzech adwokatów, zwiększę go do pięciu.

Czy Bronisław Komorowski powinien kandydować do Senatu?

Byłoby bardzo dobrze, gdyby to zrobił. Na całym świecie prezydenci, czasem z automatu, jak we Włoszech, wchodzą do Senatu.

W Polsce kandydowanie byłego prezydenta w wyborach parlamentarnych mogłoby zostać odebrane jako obniżenie rangi urzędu głowy państwa i byłoby precedensem.

To byłby zdrowy precedens. W Warszawie Bronisław Komorowski wygrałby w cuglach. Powinien kandydować. Nazwisko Komorowski wciąż bardzo dużo znaczy.

Prezydent zarządził na 6 września referendum m.in. w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych. Weźmie pan w nim udział?

Wezmę i będę zachęcał innych. Jestem za JOW do Sejmu.

Odkrył pan w sobie kukizowca?

Nie jestem kukizowcem. Jestem za zniesieniem finansowania partii politycznych i za JOW. Ale tylko łącznie. Finansowanie partii z budżetu blokuje dopływ nowej krwi do polityki, bo polityczni giganci budżetowymi pieniędzmi zmiatają cała konkurencję. Marzy mi się, że jedna trzecia Sejmu będzie złożona z ludzi, którzy są indywidualistami, których będzie stać na przeprowadzenie kampanii w swoim okręgu. Do polityki powinni iść ludzie, którzy w życiu zawodowym osiągnęli sukces i nie kandydują z powodów finansowych.

Paweł Kukiz liczy na zmianę systemu w koalicji z PiS.

Jeśli chce wejść w koalicję z PiS, już dzisiaj powinien zbierać pieniądze na dobrego adwokata. Partia Kaczyńskiego zrobi z Kukizem to, co zrobiła z Lepperem.

Bezwzględna większość jest w zasięgu PiS?

PiS może mieć samodzielną konstytucyjną większość w Sejmie. Wszystko dzięki słabości PO. Ale wynik wyborów parlamentarnych nie jest jeszcze przesądzony. Można wyobrazić sobie sytuację, w której po wyborach powstaje rząd PO-PSL. Dużo zależy od wyniku ludowców. Jeśli osiągną dobry wynik, co im się zdarza, i nie dadzą się zdeptać PiS, może to zdecydować o kształcie sceny politycznej na najbliższe lata. Nie zdziwiłbym się, gdyby PSL dostał jesienią 12 proc.

Skąd dzisiejsza słabość PO?

Nie chcę mówić o słabości Platformy, bo jesteśmy w trakcie kampanii i liczę na współpracę z partią jeszcze rządzącą.

Pani premier jeździ po Polsce...

I to jest bardzo dobry ruch. Wydaje mi się, że w ten sposób Ewa Kopacz pokazuje, że jej się chce. A to jest bardzo ważne w zmaganiach wyborczych. Na obecnie słabszych notowaniach PO zaważyła przegrana Bronisława Komorowskiego.

Dlaczego przegrał?

Bo skręcił w lewo. Pod wpływem niezbyt mądrych doradców podpisał konwencję antyprzemocową, zaczął mówić o in vitro i nie robił żadnego ruchu na prawo. Podpisanie konwencji w siedzibie feministek było dla wyborców o przekonaniach centrowo-katolickich przekroczeniem Rubikonu. Jedyne, co prezydent zyskał po podpisaniu konwencji, to było pięć przychylnych felietonów w gazetach liberalnych, których czytelnicy i tak zagłosowaliby na niego.

Komorowski przez całą kadencję prowadził bardzo umiarkowaną centrową politykę, czego dowodem były liczne akcje patriotyczne, jak marsze dla niepodległej. Aż do wyborów, kiedy popełnił błąd. Jarosław Kaczyński zrobił coś przeciwnego. Mając partię będącą skrajną prawicą, zaproponował kandydata na prezydenta reprezentującego lewą flankę PiS. Andrzej Duda parł do centrum i lewej strony, zdobywając dla PiS nowych wyborców. PO udało się tylko zmiażdżyć lewicę. Jednak to za mało, żeby wygrać.

SLD jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa.

Zjednoczona lewica nie ma znaczenia, choć Leszek Miller pewnie prześlizgnie się nad progiem wyborczym. Donald Tusk prowadził mądrą grę z lewicowym wyborcą. Wiele mu przez lata obiecywał, ale niczego przez siedem lat nie dał. Dbał zawsze o mocną frakcję prawicową w PO. Projekt ustawy o in vitro, mocno prawicowy, był projektem Gowina, czyli rządu Tuska. Dzisiaj Platforma nie ma prawego skrzydła i oddaje centrum.

Podąża śladami Komorowskiego?

PO jest dzisiaj w innym położeniu. Nie wiadomo było, czy przetrwa klęskę w wyborach prezydenckich. Dzisiaj walczy o miano największej partii opozycyjnej.

Czyli o jak najmniejszą przegraną?

Walczy o samodzielną większość blokującą zmiany konstytucyjne, a nadto przy pewnym szczęściu o możliwość większościowej koalicji z PSL. Gdyby dzisiaj odbyły się wybory, to Platforma by je przegrała. Ale zostało jeszcze 100 dni. Jeśli PO uzyska jedną trzecią głosów w Sejmie, to zablokuje wszelkie rewolucyjne zmiany, jakie szykują PiS z Kukizem.

Z politycznego punktu widzenia, kroki premier Kopacz w lewą stronę miały swoje uzasadnienie chęcią zmiażdżenia SLD, ale były niemądre ze względów etycznych. Teraz, żeby PO wygrała jesienią wybory, musi odzyskać wyborców centrowych.

Tymczasem przejmuje ich PiS z Beatą Szydło na czele.

Beata Szydło to porażka polskiej edukacji. Wypowiedź kandydatki PiS na premiera na temat daty wejścia Polski do Unii Europejskiej była karygodna. Jako były minister edukacji z wielkim smutkiem przyjąłem, że kandydatka na premiera nie zna podstawowych faktów z historii najnowszej.

To było przejęzyczenie.

Nie. Brak wiedzy. Pani Szydło myślała, że Polska przystąpiła do UE w latach 80., a w końcu stwierdziła, że nastąpiło to w 1993 r. Z WOS dostałaby dwóję.

Kandydatka PiS jest złym przykładem dla młodzieży. Jeśli chce zostać premierem, niech się najpierw douczy.

Ale przyzna pan, że ruch prezesa PiS z kandydaturą Beaty Szydło okazał się trafny.

Największym jej atutem jest fakt, że nie jest Jarosławem Kaczyńskim. Ludzie nie chcą na niego głosować. Pani Szydło jest powtórzeniem wariantu z Dudą. Kolejny nie skrajny kandydat PiS ma przyciągnąć do skrajnej partii centrowych wyborców. Jarosław Kaczyński jest najzdolniejszym polskim politykiem.

Wyobraża pan sobie, że rząd Beaty Szydło nie poprze kandydatury Donalda Tuska na drugą kadencję jako szefa Rady Europejskiej?

Tusk nie będzie mógł liczyć na wsparcie rządu PiS. Szydło musiałaby skonfliktować się z Kaczyńskim, co doprowadziłoby do zmiany premiera.

Jednak głównym problemem dla przyszłych rządów PiS będzie wymiar sprawiedliwości. Jak zmienić prawo, żeby móc zemścić się na Tusku i PO za Smoleńsk. Jeśli PiS nie będzie miał większości konstytucyjnej, to nie będą mieć swojego Trybunału Konstytucyjnego i zatwierdzanych złych ustaw.

PiS gra na zmianę konstytucji. Bez tego zemsta na PO i Tusku nie będzie możliwa. A już dzisiaj prokuratura zmierza ku kompromitacji.

Dlaczego?

Śledztwo smoleńskie jest katastrofą. Andrzej Seremet skompromitował prokuraturę. Sześć lat jego kadencji to najgorszy czas dla niej. Śledztwo podsłuchowe to blamaż.

Pan próbuje odpowiedzialnością za aferę podsłuchową obarczyć PiS. Dlaczego?

Pan Falenta (biznesmen, główny podejrzany w aferze – red.) spotykał się z najbliższym współpracownikiem Mariusza Kamińskiego, byłego szefa CBA. Mamy wiedzę, że to pan Falenta dysponował nagraniami i podsłuchy trafiły do dziennikarzy blisko współpracujących z Kamińskim. Ciąg tych „przypadków" dowodzi, że za aferą podsłuchową stoi PiS i ta część CBA, która nie została wycięta przez Pawła Wojtunika w pierwszych latach jego funkcjonowania.

PiS miał też motyw. A jak wiadomo: ten zrobił, kto zyskał. Afera podsłuchowa to Watergate, tylko na odwrót: opozycja podsłuchuje rząd.

Część służb i prokuratury odpowiada ze aferę podsłuchową?

Tak. Mamy do czynienia z pełzającym zamachem stanu, który doprowadził do wypaczenia wyniku wyborów prezydenckich. Śledztwo, które się toczy w sprawie tej afery to farsa. Nikt tam nie szuka winnych. Przeglądałem akta. Ktoś gra taśmami, a prokuratura w praktyce kryje sprawców.

Prokuratura jest w Polsce niezależna od rządu, ale nie jest niezależna od opozycji.

To bardzo mocne zarzuty.

Ta sprawa jest kierowana przez propisowskich prokuratorów! Sprawa afery jest skręcona w prokuraturze. Powinny być zarzuty dla osób, które ujawniają treści nielegalnie dokonanych nagrań. Jest kilkanaście wniosków o ściganie tych, którzy nagrań dokonali. Minął rok i prokuratura nie zrobiła w tej sprawie nic. Szykuję skargę na przewlekłość postępowania w tej sprawie.

Kto powinien ponieść odpowiedzialność za ujawnienie treści nagrań?

W pierwszej kolejności, redaktor, który dał do druku taśmy.

Dziennikarz ma prawo chronić źródło i ujawnić treści dotyczące spraw godzących w interes państwa.

Dziennikarz również podlega odpowiedzialności z art. 267 par. 4 kodeksu karnego. Nie ma w tym zakresie żadnych wyjątków. Kto ujawnia innej osobie nielegalnie dokonany podsłuch popełnia czyn zabroniony. Publikowanie jest tylko kwalifikowaną formą tego ujawniania o większym rygorze społecznego niebezpieczeństwa czynu.

Również inny tytuł publikował materiały z afery podsłuchowej...

Ale tylko jedno wydawnictwo. Niech pan Michał Lisiecki opowie o swoich spotkaniach z panem Falentą.

Panowie mają prawo się spotykać.

Pan Lisiecki, jeśli zaakceptował publikacje z podsłuchów, powinien mieć zarzuty karne. I nie tylko on.

–Rozmawiał Jacek Nizinkiewicz