Po trzydniowych walkach leżąca w pobliżu Doniecka Awdijewka została pozbawiona dostaw prądu, gazu i ciepłej wody. W tym rejonie nocami temperatura spada do -20 stopni Celsjusza.
– Jeszcze nie podjęliśmy decyzji o ewakuacji Awdijewki, ale jesteśmy do niej gotowi w każdej chwili – powiedział ukraiński gubernator Doniecka Pawło Żebriwśkyj.
Pomimo dwuletnich walk i położeniu na linii frontu w miasteczku mieszka cały czas około 20 tysięcy osób. Katastrofa nastąpiła jeszcze w poniedziałek, gdy pociski rosyjskiej artylerii zniszczyły linie przesyłowe dostarczające prąd do miasteczka.
Zgodnie z mińskimi porozumieniami armaty powinny zostać wycofane 70 kilometrów od linii frontu i zebrane w specjalnych miejscach nadzorowanych przez OBWE. Ale separatyści ściągnęli je stamtąd, gdy załamał się ich własny atak na Awdijewkę – mszcząc się za przegraną zaczęli ostrzeliwać miasteczko leżące za północnymi przedmieściami Doniecka.
– Zaatakowali jeszcze w niedzielę. Nasi odrzucili ich i ruszyli do kontrataku. Separatyści ściągnęli posiłki, artylerię, czołgi, katiusze i z kolei oni uderzyli – tłumaczył w rozmowie z „Rzeczpospolitą" ukraiński ekspert wojskowy Konstantin Maszowec. – Armaty miały rozwiązać problem, który sami stworzyli. Teraz podciągają kolejne oddziały i pewnie znów spróbują.
Inni obserwatorzy sądzą, że separatyści szybko przestaną, ponieważ linie przesyłowe energii elektrycznej, które sami uszkodzili, dostarczają prąd również do stacji filtrów, zaopatrujących w wodę znaczną część Doniecka. Wkrótce i tam zacznie brakować wody.
Według ekspertów walki o Awdijewkę są najcięższymi od sierpnia 2015 roku, gdy po ogłoszeniu zawieszenia broni kilka tysięcy separatystów zaatakowało miejscowość Marinka na południowy zachód od Doniecka. – Walki o tzw. strefę przemysłową leżącą między Donieckiem i Awdijewką toczą się nieprzerwanie od ponad roku. Tam znajduje się wiele zakładów przemysłowych pracujących na potrzeby Doniecka, separatyści bez przerwy próbują je zdobyć. Szczególnie zależy im na zakładach koksochemicznych w Awdijewce – mówi „Rzeczpospolitej" kijowski politolog Wołodymyr Fesenko.
Korzystając z bliskości pola walki, separatyści rozstawili katiusze między budynkami w północnej części Doniecka i stamtąd ostrzeliwali ukraińskie oddziały.
– Wystrzelili na raz ponad 80 rakiet – poinformował pułkownik Ołeksandr Motuzjanyk z ukraińskiego sztabu. Inicjatorem ataku miał być dowódca separatystycznego batalionu „Wostok", dezerter z armii ukraińskiej Iwan Bałakaj o pseudonimie Grek. Oddział był sformowany w 2014 roku za pieniądze rodziny zbiegłego prezydenta Wiktora Janukowycza. „Grek" zginął w walce, właśnie jego śmierć wywołała wściekłość separatystów.
Mimo zajadłości walk toczą się one jednak wyłącznie w szerokiej „strefie neutralnej" wyznaczonej przez porozumienia mińskie, ukraińskie wojska starają się nie przekraczać jej granic. – Linia frontu przesuwa się o 200–300 metrów, separatyści próbują bez przerwy w różnych miejscach. Ale najczęściej wokół Doniecka – mówi Maszowec.
Starcia koncentrują się wokół Mariupola, Doniecka i Stanicy Ługańskiej w pobliżu Ługańska. – Na ługańskim odcinku frontu jest mimo wszystko znacznie spokojniej. Pod Mariupolem zaś próbują wywrzeć presję psychiczną na mieszkańców, którzy codziennie od miesięcy słyszą artyleryjską kanonadę – uważa Fesenko.
W oczekiwaniu na kolejny szturm separatystów w Awdijewce rozstawiono polowe kuchnie na miejscowym stadionie. Gubernator kazał rozstawić po miasteczku kilkanaście specjalnych namiotów, w których mogą ogrzać się mieszkańcy. Ci jednak się boją, że namioty mogą stać się celem ostrzałów.
masz pytanie, wyślij e-mail do autora: andrzej.lomanowski@rp.pl