Czy zwycięstwo Wisły to jakiś przełom w pańskiej pracy? Wreszcie drużyna zagrała tak, jak oczekiwano po jednym z faworytów.
Michał Probierz:
Trudno mówić o przełomie. Znalazłem powód słabszej gry, dobrałem odpowiednich zawodników i zwyciężyliśmy. Ale do ideału jeszcze daleko. Jesteśmy po pięciu meczach ligowych, to jedna trzecia rozgrywek jesiennych i każdy trener wie więcej niż na początku. W moim przypadku chodziło o to, żeby obdarzyć zawodników zaufaniem. Piłkarz musi czuć, że trener w niego wierzy.
Dlatego takie mieszanie w składzie Wisły?
To wybór, ale i konieczność. W Wiśle nawet zawodnicy młodzi, wchodzący dopiero do drużyny czy kontuzjowani wiedzą, że w każdej chwili mogą wrócić. Bo grać to Wisła potrafi, ale zawodnicy muszą uwierzyć, że stać ich na więcej. I chyba właśnie zaczęli wierzyć.
Co po tych pięciu kolejkach może pan powiedzieć o ekstraklasie?
Są pozytywne zmiany, które wymusił kryzys. Kluby przestały sprowadzać drogich i słabych cudzoziemców, dzięki czemu zrobiło się miejsce dla tanich, zdolnych młodych Polaków. W każdej drużynie pojawił się ktoś nowy i widzę już kilku takich, których dopiero poznajemy, a kiedyś mogą zagrać w reprezentacji.
Legia, Wisła, Lech były faworytami, ale grają w kratkę. To przypadek?
Chyba nie. Każdy może wygrać z każdym, bo nie ma w Polsce klubu jak BATE Borysow, który skupił najlepszych zawodników z Białorusi. Żadnego naszego klubu nie stać na zakup wszystkich najlepszych w kraju. W związku z tym rywalizacja jest większa i ciekawsza.
Dziś kończy pan 40 lat. Zrobił pan jakiś bilans?
Z tych 40 lat 30 spędziłem na boisku, a kilka ostatnich na ławce trenerskiej. Co ja mogę chcieć? Robię to, co lubię.