Problem w tym, że wzrost zamożności maskuje dziś bardzo niebezpieczne mechanizmy, które powoli, acz konsekwentnie, osłabiają naszą podmiotowość w relacjach gospodarczych. Sprawiają, że stajemy się jedynie „targetem” działań wielkich korporacji i wyręczonym przez władzę państwową z decydowania o sobie obywatelem. Mamy coraz mniej możliwości, aby być autorem własnego życia.
Mechanizmy te można nazwać czterema jeźdźcami apokalipsy, którzy niszczą naszą zdolność do występowania w gospodarce jako autorów własnych celów, a nie jako miejsce realizacji cudzych interesów.
Jeździec pierwszy: chciwość. Oczywiście, sama chęć zysku nie jest niczym złym. Pozwoliła ona chociażby zbudować powojenną złotą erę kapitalizmu w Stanach Zjednoczonych. Później jednak, od czasów Jacka Welcha w General Electric (lata 80.), kiedy to jedyną miarą stała się kwartalna wartość dla akcjonariuszy, klient przestał być partnerem, a stał się celem – „targetem”. Dla korporacji nasza możliwość podejmowania suwerennych decyzji to nieprzewidywalność, a nieprzewidywalność to ryzyko, a ryzyko w biznesie trzeba minimalizować.
To sprawiło, że zdrowa chęć zysku stała się destrukcyjną chciwością. Wysiłki nie były już skierowane na to, żeby zarobić na jak najlepszym zaspokajaniu potrzeb klientów, ale aby wszystko poświęcić w imię maksymalizacji zysków akcjonariuszy. Pisząc „wszystko”, mamy na myśli nie tylko podmiotowe traktowanie klienta, ale także możliwości rozwoju firmy w dłuższym okresie czy uczciwe traktowanie pracowników. W nowym „kapitalizmie kwartalnym” chodzi przecież tylko o pokazanie dobrych wyników, które dadzą szybki zysk akcjonariuszom, a managerom wysoką premię. Tu jakakolwiek podmiotowość pracowników czy klientów jest więc problemem, który trzeba neutralizować.
Jeździec drugi: wygoda, która jest miła i natychmiastowa, ale srogi rachunek za nią przychodzi później. Weźmy udogodnienie najbardziej niewinne: jedno konto internetowe do wszystkiego. Poczta, zdjęcia, logowanie do połowy usług. Zgadzamy się przy tym, by jeden podmiot stał się bramą do całej reszty. W 2021 r. ojciec z San Francisco, którego historię opisał „New York Times”, na prośbę pielęgniarki sfotografował zmianę na skórze synka przed teleporadą. Zdjęcia same trafiły do chmury, automat uznał je za materiał przedstawiający wykorzystywanie dziecka i zablokował konto. Ojciec stracił dostęp do dekady korespondencji e-mail, zapisanych haseł, zdjęć z pierwszych lat życia syna. Policja stwierdziła, że przestępstwa nie było. Firma odrzuciła wszystkie odwołania – rodzina, która przez lata była zachwycona wygodą, zapłaciła potężną, niesprawiedliwą cenę.
Jeździec trzeci: technologia. Co prawda technologia sama niczego nam nie odbiera. Natomiast to ona sprawia, że pozbawianie nas podmiotowości może następować znacznie szybciej i jest znacznie trudniejsze do zakwestionowania. Lawrence Lessig zauważył, że w świecie cyfrowym kod działa jak prawo: to, czego program nie przewiduje, jest po prostu niemożliwe. Z jedną istotną różnicą. Prawo uchwala parlament, można je zaskarżyć i trzeba je ogłosić. Kod pisze dostawca, zmienia go nocną aktualizacją i nikomu się z tego nie tłumaczy.
Jeździec czwarty: dobre intencje Richard Thaler i Cass Sunstein, twórcy libertariańskiego paternalizmu, czyli „szturchania” ludzi w stronę korzystnych dla nich decyzji, trafnie zauważyli, że neutralna architektura wyboru nie istnieje. Ktoś zawsze musi zdecydować, co jest opcją domyślną? Niech więc ta decyzja służy wybierającemu – pod warunkiem, który autorzy powtarzali jak zaklęcie: odejście od opcji domyślnej musi być łatwe.
Kłopot w tym, że warunek, który dla autorów był istotą rzeczy, dla wdrażających okazał się kosztem. Kiedy w Polsce wprowadzano pracownicze plany kapitałowe, postanowiono sięgnąć po libertariański paternalizm i domyślnie zapisać wszystkich. Jeśli ktoś nie chciał brać udziału w tym programie, musiał się wypisać. Problem w tym, że polski ustawodawca dołożył coś, co przeczy idei Thalera i Sunsteina – deklaracja rezygnacji z PPK wygasa co cztery lata. Domyślność jest więc wieczna, a nasza decyzja – kadencyjna. Szturchnięcie, które trzeba odtrącać w nieskończoność, przestaje być szturchnięciem. Staje się oblężeniem.
Co gorsza, nasza podmiotowość – i to nie tylko w wymiarze ekonomicznym – jest coraz bardziej zagrożona w związku z rodzącym się w USA kapitalizmem oligarchicznym. Jest on patologicznym wytworem, w którym wąska grupa najbogatszych elit (głównie oligarchów technologicznych) trwale kontroluje kluczowe sektory gospodarki i wykorzystuje tę pozycję do przechwytywania instytucji państwa, kształtowania prawa i regulacji na swoją korzyść oraz ograniczania realnej konkurencji i równości obywateli. To zaś prowadzi do tego, że demokracja staje się coraz bardziej fasadowa. Nie możemy się temu biernie przyglądać.
Samodzielność ekonomiczna znalazła się w programie tegorocznego Open Eyes Economy Summit, który odbędzie się 17–18 listopada 2026 r. w Krakowie pod hasłem „Biznes i demokracja”.
„Rzeczpospolita” i rp.pl są głównymi partnerami OEES 2026