Duże grupy demonstrantów starły się w niedzielę i poniedziałek z siłami bezpieczeństwa, gdy zablokowały ruch w rejonie Admiralty, gdzie znajdują się najważniejsze urzędy w mieście. Do starć dochodziło w nocy, kiedy policja podjęła próbę oczyszczenia terenu jeszcze przed porannym otwarciem biur i sklepów.

Próbując rozpędzić składający się głównie ze studentów tłum, policja użyła pałek i gazu łzawiącego, po raz kolejny zatrzymano kilkadziesiąt osób. Było wielu rannych, którym pomocy udzielali sanitariusze ze służby samopomocy zorganizowanej przez demonstrantów. Była to już druga fala masowych protestów w ostatnich dniach. W ubiegłym tygodniu demonstranci blokowali ruch na ważnej arterii w centralnym kwartale Mong Kok.

Mimo naporu demonstranci nie ustąpili, dlatego władze zmuszone zostały rano do zamknięcia wielu biur i centrum handlowego w tym ruchliwym zwykle rejonie miasta. Przywódcy ruchu protestu nie kryli satysfakcji, jak bowiem przyznał Alex Chow, przewodniczący Federacji Studentów Hongkongu, obecnym celem ruchu Occupy Centre było właśnie sparaliżowanie funkcjonowania miejscowej autoryzowanej przez Pekin administracji. Przyznał jednak, że blokowanie biur rządowych nie powiodło się, ponieważ demonstranci byli z nich natychmiast usuwani. Komentatorzy hongkońskiej prasy uważają, że przywódcom studentów chodziło nie tyle o zajęcie budynków, ile raczej o mobilizację młodzieży i ożywienie ich słabnącego ruchu.

Po poniedziałkowych zajściach w bardziej niż do tej pory bojowe tony uderzył Leung Chun-ying, szef lokalnego rządu. Stwierdził, że policja była do tej pory „wyjątkowo tolerancyjna", ale „niektórzy tolerancję pomylili ze słabością". Oświadczył, że dla zachowania porządku publicznego konieczne będą zdecydowane działania, co zabrzmiało jak zapowiedź dalszych prób siłowego rozwiązania kryzysu.

Dotychczas policja nie próbowała np. usunąć miasteczka namiotowego, w którym ciągle przebywa kilka tysięcy najbardziej zadeklarowanych obrońców wolnych wyborów. To właśnie odmowa ich przeprowadzenia w 2017 r. doprowadziła do wybuchu protestów nazwanych parasolową rewolucją (od parasoli, którymi demonstranci osłaniają się przed rozpylanymi przez policję środkami łzawiącymi).

Leung Chun-ying i jego podwładni znaleźli się w trudnej sytuacji. Nie dysponują wystarczająco silnymi oddziałami, by rozprawić się z demonstrantami przemocą. Nie chcą też okazywać przesadnej brutalności, mogłoby to bowiem ożywić sympatię większości niebiorących udziału w protestach mieszkańców miasta.

Po z górą dwóch miesiącach protestów, blokad i starć utrudniających codzienne życie w centrum duża część mieszkańców Hongkongu jest sceptycznie nastawiona do demonstracji, jednak nie oznacza to, że nie popierają wolnych wyborów i zaakceptowaliby „rozwiązanie" w stylu stosowanym w ChRL. Jeszcze większe oburzenie wywołałoby sprowadzenie na pomoc miejscowym władzom pomocy z zagranicy albo użycie do rozpędzania demonstracji miejscowego garnizonu (liczy on zaledwie 6 tys. żołnierzy).

Tymczasem przeciągający się kryzys w Hongkongu ma coraz poważniejsze konsekwencje. Minister finansów miejscowego rządu John Tsang przyznał, że z powodu niepokojów nastąpiło spowolnienie gospodarcze – tempo wzrostu PKB zapewne nie osiągnie już planowanego na ten rok poziomu 2,2 proc. Nastąpił też spadek obrotów  w handlu.

Przeciągające się protesty stają się coraz bardziej kłopotliwe dla władz w Pekinie, jednak chińskie kierownictwo partyjno-państwowe nie wykazuje żadnej skłonności do ustępstw w kwestii wyborów.

Autopromocja
30 listopada, godz. 12.00

Kto zdobędzie Zielone Orły "Rzeczpospolitej"?

Sprawdź szczegóły