Ryzyko dla PiS jest takie, że taka ordynacja będzie korzystna także dla Platformy i wypromuje system dwupartyjny, wymusi też koalicje opozycji.
Czytaj także: Weto ws. ordynacji, czyli kozę wyprowadzić
Już teraz stosowana do rozdzielenia mandatów metoda D'Hondta preferuje większe partie. Małe okręgi te fory jeszcze zwiększą.
W cieniu weta
Kwestia ta wróciła za sprawą prezydenckiego weta do noweli ordynacji do Parlamentu Europejskiego, w której podobny problem, choć w mniejszej skali, występuje.
Czytaj także: Prezydent wetuje ordynację wyborczą do PE
Nie są znane szczegóły ewentualnej noweli ordynacji wyborczej do Sejmu, ale wskazówką może być rzucony jesienią ubiegłego roku pomysł zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu poprzez zwiększenie liczby okręgów wyborczych z 41 do 100. Sejm może dokonać takiej zmiany ustawą, ponieważ kwestii tej nie reguluje konstytucja. Ustanawia natomiast sztywną liczbę posłów na 460.
Czytaj także: Weto prezydenta. PiS rezygnuje ze zmiany ordynacji do PE
Obecnie średnio na okręg przypada 10–11 posłów, a gdyby ich liczbę zwiększyć do 100, przypadałoby czterech–pięciu, pod warunkiem zachowania mniej więcej takiej samej wielkości okręgów. Ta zasada nie jest przestrzegana i w okręgu wyborczym nr 19 (Warszawa) wybieranych jest 20 posłów, a w okręgu częstochowskim – tylko 7.
Wprowadzenie małych okręgów spowoduje istotne zmiany w dzieleniu mandatów nawet przy zachowaniu w ordynacji wyborczej popularnej w Europie metody D'Hondta. Teraz w Polsce próg wyborczy wynosi 5 proc. dla partii i 8 proc. dla koalicji wyborczych na poziomie krajowym. Przekroczenie go jest warunkiem udziału w podziale mandatów. Dzielenie odbywa się w okręgach, więc te progi są jeszcze wyższe. Tym wyższe, im mniejszy okręg.
Wyższe sejmowe progi
Metoda D'Hondta polega na tym, że liczbę głosów uzyskanych przez daną partię w okręgu wyborczym dzieli się przez kolejne liczby 1, 2, 3 itd. i tak uzyskane kolejne „ułamki" dają miejsca w Sejmie aż do ich wyczerpania. W podziale uczestniczą tylko partie, które w skali Polski uzyskały 5 proc. głosów, a koalicje – 8 proc.
Ponieważ dzielenie odbywa się w poszczególnych okręgach, te progi w praktyce są jeszcze wyższe, choć zależą też od lokalnych wyników.
Jak to wygląda, gdy zastosujemy najnowszy sondaż wyborczy Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS dla „Rzeczpospolitej", w którym na PiS chce głosować 38,3 proc., na PO – 24,8, na SLD – 8,5, na Kukiz'15 – 6,4 i na PSL 5,4 proc.? W okręgu dziesięciomandatowym z takim wynikiem PiS dostałby pięć mandatów (50 proc.), PO trzy, SLD i Kukiz'15 po jednym. W okręgu pięciomandatowym SLD i Kukiz'15 nie dostałyby żadnego mandatu, PO dostałoby dwa (procentowo więcej, a PiS trzy – czyli 60 proc.
Plusy i minusy
W ocenie prof. Ryszarda Piotrowskiego, konstytucjonalisty z Uniwersytetu Warszawskiego, taka nowela postawi kwestię jej konstytucyjności, gdyż nie gwarantuje ona dialogu politycznego i społecznego, który wymaga szerszej politycznej reprezentacji, a małe okręgi blokują dostęp mniejszych partii do Sejmu.
Po drugie partia rządząca nie powinna używać przewagi w Sejmie do kształtowania korzystnych dla niej reguł wyborczych.
Prof. Genowefa Grabowska, dziekan w Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie, nie dopatruje się w mniejszych okręgach niekonstytucyjności. Wskazuje, że wiele krajów zmierza do systemu dwupartyjnego, który jest efektywniejszy, choć mniej reprezentatywny. Poza tym niesie dla PiS ryzyko, że korzyść odniesie PO i reszta opozycji, która będzie miała bodziec do jednoczenia się.