Na kilka miesięcy przed wyborami nie ma sensu wytykać sobie, co działa źle, bo to za parę miesięcy ocenią wyborcy. W trakcie tej kadencji zdarzało mi się krytykować funkcjonowanie koalicji, ale mimo to uważam, że to najlepsze rozwiązanie dla Polski. Zgrzyty w koalicji powodowało to, że przynajmniej dwóch ministrów PSL-u miało swoich „nadministrów", którzy oczywiście nie byli ministrami konstytucyjnymi.


Kto zasłużył na miano „nadministra” w rządzie PO-PSL?


Michał Boni „nadzorował" Jolantę Fedak, ale ona na szczęście skutecznie sobie z nim radziła. Z kolei Waldemarowi Pawlakowi zafundowano w pewnym momencie jako „nadministra” Jana Krzysztofa Bieleckiego. Odebraliśmy to jako formę kontroli Tuska nad naszymi politykami – a tak nie powinno być. Tym bardziej, że minister Boni i Jan Krzysztof Bielecki konstytucyjnie za sprawy powierzone naszym ministrom nie odpowiadają.

Pewnie w spore zakłopotanie wprawił poseł PSL nie tylko Waldemara Pawlaka, ale też i premiera Tuska. My jednak nie dziwimy się tego typu "podchodom" PSL. Partia ta bowiem znana jest z tego, że gdy nadchodzą wybory, rozpoczyna akrobacje sportowe. Ba, czasem zrywa sojusze. Chłop swój rozum, więc ma wie, że polityczny PR potęgą jest i basta.