Premier Tusk został przyłapany przez dziennikarzy na tym, że nadal korzysta z usług podniebnej taksówki. Przypomnijmy, że jeszcze tak niedawno tłumaczył tygodnikowi "Wprost" - w odpowiedzi na zarzuty, że podatnicy wydali 6 mln zł na 175 weekendowych lotów Gdańsk-Warszawa.


Tak się złożyło, że pracuję w Warszawie, a mieszkam na Wybrzeżu, gdzie spędzam weekendy i przy okazji pracuję. Czy latałbym samolotem, czy jeździł samochodem, to byłyby takie same koszta

– tłumaczył się premier

.

Okazuje się, że szef rządu trochę się pomylił w tych wyliczeniach:

Godzina lotu tupolewem to około 50 tys. zł, a mniejszym embraerem, które rząd czarteruje od LOT-u – 30 tys. zł. I nawet gdyby Tusk latał tak, jak obiecywał na początku kadencji, czyli rejsowym samolotem, podróż w towarzystwie ochroniarzy nie kosztowałaby taniej niż jazda autem. Bilet na samolot dla jednej osoby to niemal 400 zł, a kolumna premiera – licząca zazwyczaj trzy limuzyny – na trasie z Sopotu do Warszawy wypaliłaby benzynę za jakieś 650 zł. (...) Problem tylko w tym, że wielgachny samolot słabo się nadaje na powietrzną taksówkę. Mieści około 100 pasażerów, a z Sopotu – oprócz premiera i zaledwie paru osób – wiózł tylko powietrze.

Zastanawiamy się, czy jeszcze ktoś wierzy w ideę "taniego państwa"?