Obywatele do Senatu, ruch, który wystawia swoich kandydatów, powstał na fali rozczarowania, marzeń i niechęci do dominacji dwóch dużych partii od lat toczących coraz bardziej zaciekły spór. Deklarują - pogrubionym drukiem - że są całkowicie apolityczni i apartyjni. Apolityczność ma być przepustką do wygrania wyborów. Należałoby tej inicjatywie życzyć powodzenia. W końcu ktoś rzuca wyzwanie Platformie i PiS-owi i nie są to kolejni politycy, którzy przechodzą z partii do partii lub tworzący własne partie. Wygląda więc świetnie, ale rodzą się wątpliwości.



Kolenda-Zaleska wskazuje, że głównym spoiwem „Obywateli do Senatu” są niespełnione ambicje polityczne jej członków.



Bo z drugiej strony - co ich łączy? Jakie wartości, jaka idea, poza niechęcią do partii? Rzucają wyzwanie partiom, ale w imię czego? Co łączy lewicowego prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego z Rafałem Dutkiewiczem z Wrocławia? Może tylko niespełnione ambicje polityczne? Mam kłopot z tą ideą, bo z jednej strony trzeba docenić chęć włączenia się w proces rządzenia, ale z drugiej strony zbieranina niezwiązanych z sobą osób nie gwarantuje spójnych działań.




Autorka oznajmia:

Partie nie są partiami z naszych marzeń, ale czy Amerykanie po gorszącej batalii w Kongresie o podwyższenie limitu długu mogliby powiedzieć, że waszyngtońscy politycy są politykami ich marzeń?

Narzekanie na partie, na nieznośny establishment ulokowany w stolicach państw, któremu zarzuca się oderwanie od rzeczywistości, to stały punkt programu w każdym państwie. Ale też partie to podstawa demokracji i żadne inne twory jej nie zastąpią.



Zgadzamy się z Katarzyną Kolendą-Zaleską, że partie w demokracji to podstawa. Zwłaszcza, jeśli rządy sprawuje jedynie słuszny Front Jedności Narodu z premierem Donaldem Tuskiem na czele. Dzięki temu w Polsce jest super.