Stare winy zmyła wiosenna, świeżo egzorcyzmowana woda, stołu wciąż pilnuje cukrowy baranek, lecz towarzysze w kampanijnej rozpaczy nie dadzą nacieszyć się bezgrzesznym spokojem ducha.
„Rada Europy zaapelowała w 2008 roku o przyjęcie specjalnej strategii życia seksualnego i prokreacyjnego" - już w dwa dni po Dyngusie molestował Polaków kolejnym, krwawym płodem polityki Joński Dariusz. O ranyściu! Na podszepty nieusłuchanej wyobraźni, czyli obraz Jońskiego D. skwapliwie dostosowującego strategię swojego życia seksualnego i prokreacyjnego do wytycznych Rady Europy, przed oczami widzę gwiazdy. Czerwone. Wprawdzie, dzięki strategii Rady Europy światu przybędzie ograniczona liczba Jońskich i to może być plus owej strategii, ale czy maniakalne, uporczywe nękanie całego narodu przez zwolenników rozszarpywania na strzępy istot nienarodzonych nie jest już karalne? Końca nie widać tej histerii. Seks i prokreacja są priorytetami prac ustawodawczych antyobywatelskiego Sejmu, który w ten sposób wykręca się od załatwiania palących spraw państwa wystawionego na śmiertelne niebezpieczeństwo wojennej napaści.
Gdyby choć z publicznych egzegez seksu i prokreacji wyabstrahować osobników, którzy statystyczną kobietę mogą bezpowrotnie zrazić do seksu, a tym bardziej prokreacji! Kobiety z natury wyczuwają pośledni materiał genetyczny. Jestem, na przykład, stuprocentowo pewna, że gdyby taki Durczok posiadał kulturę, klasę, inteligencję, wiedzę, wreszcie nieodrażającą urodę, a przynajmniej ładny głos, to nie urągliwy rechot tłumu, ale rój kobiet, przy ogólnym ich aplauzie i wzajemnej konkurencji o jego względy otaczałby go niezmącenie po dziś dzień.
W naszej przykrej rzeczywistości niezwłocznie po jakże uduchowionych świętach mamy znowu na afiszu Jońskiego z jego poglądami na życie seksualne i prokreację. A pfe! Do tego Joński D. w trakcie swojej konferencji w Sejmie łgał na żywca, że ustawy o fundowaniu aborcji i in vitro są konieczne „z punktu widzenia wszystkich Polaków i Polek". Podczas gdy nawet zamroczony konsument mamrota już wie, że pojęcie „lewicy" nie oznacza dziś żadnych poglądów, jeno jazdę na d...e Maryni. Lud roboczy ogołocony przez towarzyszy od filozoficznej nadbudowy ze słynnej, marksistowskiej bazy i puszczony na żywioł w samych majtkach zachował, i to jeden w drugiego, a więc licznie, jeszcze tę ostatnią, problematyczną własność charakterystyczną dla niejakiej Maryni. Wciąż zatem posiada czar przyciągania „lewicowców" w ich pogoni za jeszcze głupszym od siebie elektoratem drogą mamienia tym razem uwolnionym, upojnym seksem.
Słowo „edukacja" w środowisku pogrobowców towarzysza Breżniewa stworzyło w ostatnim ćwierćwieczu trwałą zygotę ze słowem „seks", toteż problemu z szerzej pojętą edukacją a zwłaszcza analfabetyzmem towarzysze dziś tylko na pozór już nie mają. Przykładowo - sprawa u Jońskiego może być „bardzo symboliczna", „bardzo istotna i ważna", a program polityczny może „obejmować kolejne lata dotyczące refundacji". I tak z każdym niemal oddechem. Trudno zdecydować, co głupsze - merytoryka czy forma konferencji Jońskiego, które gonią się po jego potylicy, niczym prądy błądzące po pustyni.