Wprawdzie partyjnych programów nie należy przeceniać, bo w demokracji konkretny program wyborczy, rozpisany na setki stron ma minimalne znaczenie. Znają go zazwyczaj wyłącznie jego autorzy oraz paru politologów i dziennikarzy – a więc, jeśli myśli się o wygraniu wyborów, o kilka milionów osób za mało. W demokracji liczy się jednak wrażenie, że taki program istnieje – poparte kilkoma konkretnymi hasłami. We Francji mówi się, że wyborcy w I turze głosują sercem, a w II turze – głową, ale w rzeczywistości zawsze najważniejsze są emocje, którym jednak – dzięki owym kilku hasłom – można nadać pozór racjonalności.
PiS taki program ma – i nie chodzi o dokument, który punkt po punkcie wskazywałby dokąd maszeruje Jarosław Kaczyński i jego drużyna. Prawo i Sprawiedliwość ma za to łatwe do zrozumienia hasła, którymi definiuje swoje działania. Walka z elitami, likwidacja „kastowych” przywilejów, patriotyzm gospodarczy, wzbogacenie „zwykłych Polaków” (czyli 500plus), bezpieczeństwo (czyli uchodźcy tym milej widziani, im bardziej są na Bliskim Wschodzie; ale i budowa obrony terytorialnej i – przynajmniej liczbowe – powiększanie armii), walka z korupcją. Niezależnie od tego, czy ktoś uważa PiS za samo dobro, czy za czyste zło – każdy na poziomie tych haseł ma jakiś obraz tego, o co PiS-owi chodzi. I wie, że o coś chodzi. Konkrety nie mają tu już tak dużego znaczenia – na poziomie wywieranego wrażenia PiS ma jasny cel.