W czwartek „Rzeczpospolita" poinformowała, że szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej zawiesił prokuratora Marka Pasionka w czynnościach nadzorcy dochodzenia smoleńskiego. Opieczętowano mu pokój i zabrano akta postępowania.

Pasionek był osobą niezwykle mocno zaangażowaną w ustalanie okoliczności katastrofy smoleńskiej. Był na przykład tym śledczym, który miał się zwracać do Amerykanów o pomoc w zdobyciu dowodów przydatnych w wyjaśnianiu przyczyn tragedii.

 

W piątek rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej ujawnił, że zarzuca ona Pasionkowi „oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa i uchybienie godności urzędu prokuratorskiego".

Z informacji „Rzeczpospolitej" wynika, iż podejrzewa się go o ujawnienie tajemnicy służbowej oraz tajemnicy postępowania. Ma chodzić o jego rzekome kontakty z Amerykanami i dziennikarzami.

Zachodzi jednak pytanie, czy u źródeł kłopotów prokuratora Pasionka nie leży dopuszczanie przez niego możliwości postawienia w związku z katastrofą smoleńską zarzutów wysokim urzędnikom z ekipy Donalda Tuska.

Na dodatek, jak się okazuje, o całej sprawie nie wiedział prokurator generalny Andrzej Seremet. Nie wiedział, bo – zgodnie z prawem – nie musiał wiedzieć, choć przecież w wypadku tak ważnego dochodzenia jak śledztwo smoleńskie dobry obyczaj nakazywałby uprzedzenie go o tym. Ale cóż, niezależna prokuratura co jakiś czas dostarcza nam kolejnych dowodów swej niezależności; tym razem udowodniła, jak bardzo jest niezależna nawet od prokuratora generalnego.

Na szczęście Andrzej Seremet nie zamierza w tej przedziwnej sprawie pozostawać bierny i domaga się od szefa prokuratury wojskowej gen. Ryszarda Parulskiego wyjaśnień na piśmie. A jeśli Marek Pasionek odwoła się do prokuratora generalnego, to ten - zgodnie z procedurą – może cofnąć decyzję naczelnego prokuratora wojskowego o odsunięciu go od nadzorowania śledztwa smoleńskiego.