Nikt, z wyjątkiem Wojciecha Olejniczaka, nie rzuca się do walki o przywództwo w SLD. Może jednak i w Leszku Millerze odżyją dawne aspiracje? Ten zaprzecza:
Nie mam takich zamiarów, przynajmniej w tej chwili. Musiałaby zaistnieć jakaś nadzwyczajna sytuacja.
Pytany o ocenę wyniku Palikota, mówi:
Sam jestem ciekaw jakie ptactwo schroniło się pod dachem z napisem Janusz Palikot. Jakie nietoperze, wrony, kruki...
Januszowi Palikotowi udało się rzeczywiście coś ważnego. On okazał się kapłanem kontrkultury i spowodował, że ludzie uwierzyli w słowo. Za chwilę się przekonają, że nic z tego nie będzie. Bo jeżeli licealiści głosowali na Palikota, bo liczyli na legalizację marihuany, to się rozczarują, bo tego nie będzie.
Były lider Sojuszu niechętnie mówił o współpracy z nowym ugrupowaniem. Cóż jednak robić, kiedy "dama z kosą" stoi u bram jego partii? Miller się nie przejmuje:
Polska jest taka kapryśna dama, że wielokrotnie obiecywano już taki polityczny grób partiom. Mnie też taki grób polityczny obiecywano. Dziś mógłbym powiedzieć: chłopaki - jestem.
SLD w tej kampanii nie miał już twardego elektoratu. Jedni zostali w domu, bo nie widzieli takiej oferty, a inni poszli gdzie indziej. Sojusz się pozbył twardego elektoratu na swoje życzenie, ale on zawsze może wrócić.