Kiedy byłem dojrzałym człowiekiem, zasada przestała obowiązywać, nawet oficjalnie. Zaczęło się angażowanie w kampanię wyborczą u bliższych czy dalszych sąsiadów, zazwyczaj według klucza partyjnego – zgodnie z przynależnością do międzynarodówek czy europejskich grup politycznych. Socjalista wspierał socjalistę, chadek chadeka, a Cameron Kaczyńskiego (inni się modlili, by Kaczyński nie wygrał).

Ostatnio, gdy nadal byłem dojrzałym człowiekiem, dominowała kampania negatywna. Europejscy chadecy, socjaliści i liberałowie krytykowali Donalda Trumpa, gdy walczył o Biały Dom, i nie ustali w krytyce, gdy już się tam wprowadził.

Niestety, kij ma dwa końce. Z tej całkiem świeżej zachodniej mody na ingerowanie w wybory w innych krajach lekcję wyciągnął coraz bardziej autorytarny prezydent Turcji Recep Erdogan.

I zdecydowanie prześcignął unijnych mistrzów. Zaczął od wspierania własnej kampanii wyborczej. Na wiosnę wysyłał swoich ministrów, by zdobywali poparcie mieszkających w Niemczech, Holandii czy Austrii Turków dla referendum, które ostatecznie dało mu sułtańską władzę.

Teraz zajął się ingerencją we wrześniowe wybory do Bundestagu. Wezwał Turków z niemieckim obywatelstwem (jest ich półtora miliona), by nie głosowali na „antytureckie" partie: rządzące obecnie CDU i SPD oraz opozycyjnych Zielonych.

Reakcje w Berlinie są histeryczne. Liderzy SPD, znani z agresywnych wypowiedzi o wewnętrznych sprawach innych krajów, mówią „o bezprecedensowej ingerencji w suwerenność". Ingerencję wyprasza sobie także kanclerz Angela Merkel, która w 2015 roku, dwa tygodnie przed wyborami do tureckiego parlamentu, poleciała do Ankary wspierać partię Erdogana.

Można sobie dworować, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Jednak machanie mieczem, który wykuto na Bliskim Wschodzie, jest wyjątkowo niebezpieczne. Lepiej wrócić do starych czasów – tych, kiedy byłem młodzieńcem.