Fundacja Reduta Dobrego Imienia przygotowała projekt szybkiego sprostowania prasowego, na wzór protestu wyborczego. Jak pan ocenia pomysł?
Nie wierzę w realność terminów ,,godzinowych", byłoby to możliwe, gdyby projekt przewidywał utworzenie w sądach wydziałów prasowych. Ale takie rozwiązanie obciążałoby budżet.
Prawo żądania sprostowania miałoby przysługiwać organizacji społecznej, jeżeli wykaże jego ścisły związek z działalnością, np. ochroną prawdy historycznej, dobrego imienia Polaków.
To ciekawy pomysł. Umożliwiłoby to takim organizacjom prostowanie kłamstw i nieścisłości historycznych czy odnoszących się do zbiorowości, jak państwo, naród. Nie przekonuje mnie zaś próba ukształtowania nowego sprostowania zbyt szczegółowo. Sprostowanie to narzędzie do korekty nieprawdziwych lub nieścisłych informacji. W tym tkwi jego siła i zasadność przyspieszonych procedur, których celem jest korekta nieprawdziwej informacji rozpowszechnionej w prasie. Opinie, oceny, poglądy nie podlegają zaś sprostowaniu, ale mogą być przedmiotem polemiki.
Czytaj także: Pomysł na szybkie sprostowania prasowe
Puryści, zwykle po stronie mediów, uważają, że każde zdanie sprostowania winno się zaczynać: „Nieprawda, że...".
Dużo w tym racji. W prawie prasowym występowała kiedyś odpowiedź prasowa (odrębna od sprostowania), z której ustawodawca słusznie zrezygnował, zostawiając sprostowanie nieprawdziwych i nieścisłych wiadomości. Moim zdaniem tylko takie sprostowanie jest racjonalne i zrozumiałe dla czytelnika.
Sprostowanie bywa bardzo często nadużywane.
Temu sprzyja dominująca w orzecznictwie tzw. subiektywistyczna teoria sprostowania, zakazująca obiektywizacji jego treści z punktu widzenia jej prawdziwości. W skrajnych przypadkach sprostowanie służy jedynie rozpowszechnieniu nieprawdziwych informacji przedstawianych jako stanowisko prostującego, który w ten sposób osiąga swoje wizerunkowe cele. Projektując zmiany, należy pamiętać o tych nadużyciach.
Projekt przewiduje wykreślenie art. 212 kodeksu karnego.
Patrzę na tę propozycję z sympatią, bo to relikt i narzędzie mrożenia debaty publicznej oraz odwetu na dziennikarzach. Każda opcja polityczna obiecywała wykreślenie tego przepisu i żadna nie wywiązała się z tej obietnicy. W tych warunkach trudno przewidywać, że uda się go usunąć społecznym projektodawcom, co nie oznacza, że nie należy ich w tym wspierać.