Andrzej Seremet przekazał ministrowi sprawiedliwości Cezaremu Grabarczykowi projekt zmian w kodeksie wykroczeń. Nowa koncepcja odciążyłaby sądy, które mogłyby więcej czasu poświęcić na poważne procesy.

Proponowana nowelizacja jest skutkiem spraw takich, jak przypadek Krzysztofa Olkowicza. Schizofrenik za „kradzież" batonika trafił do aresztu. Dyrektor koszalińskiego więzienia przeciwstawiając się przepisom uiścił karę za osadzonego, po czym został uznany winnym złamania regulaminu. Zdaniem Seremeta takie sprawy w ogóle nie powinny trafiać na sale sądowe.

Zastosowanie łagodniejszych środków karnych mających na celu wychowanie sprawcy  będzie zależało de facto od sklepikarzy. Zgodnie z projektem będą oni mieli możliwość nie zgodzić się na udzielenie upomnienia. W takim wypadku sprawa trafi na wokandę.

Podobnie, przed sądem będą stawiani recydywiści, jeśli kradzież miała charakter zuchwały lub gdy sprawca sprzeciwił się naprawieniu szkody i nie przyznające się do wykroczenia.

Prokurator generalny nie chce też, by łagodnie byli traktowani złodzieje gazet, papierosów czy alkoholu. Nie są to artykuły pierwszej potrzeby.

Poparcie dla koncepcji zmian w kodeksie wykroczeń dali były prezes Trybunału Konstytucyjnego i były rzecznik praw obywatelskich prof. Andrzej Zoll.

- Jestem za. Już kodeks wykroczeń z 1932 r. zawierał przepis, że za czyn popełniony z głodu lub nędzy można było odstąpić od ukarania - mówi prof. Zoll.

Podobnego zdania jest były szef więziennictwa Paweł Moczydłowski.

- Obecne prawo jest bardziej rygorystyczne dla ubogich. Bo nie stać ich na obrońcę - mówi Moczydłowski.

Zwraca uwagę, że złagodzenie kar za drobne kradzieże dotyczy przede wszystkim biednych osób.