RZ: Czy spotykał się pan z WSI?
Paweł Kowal:
Spotykałem się z urzędnikami jednego z ministerstw, o których początkowo nie wiedziałem, że pracują w służbach specjalnych. Gdy się o tym dowiedziałem, zaprzestałem spotkań.
O czym pan z nimi rozmawiał?
Nie rozmawialiśmy o niczym takim, o czym nie powinniśmy mówić. Te rozmowy miały bardzo ogólny charakter, a moi rozmówcy, na ile mogłem to zaobserwować, nie przekraczali dopuszczalnych granic. Dziennikarze jednak twierdzą, że były rzeczy, o których nie miałem pojęcia.
A więc gdyby ci ludzie nie byli z WSI, to uważałby pan, że w takich rozmowach nie ma nic złego?
Gdyby ci ludzie umożliwili mi współpracę ekspercką na zasadach jawnych, tobym ją podjął. Ale w toku naszych rozmów okazało się, że to jest niemożliwe. Po prostu nie planowałem mojego życia jako oficer.
A więc gdyby współpraca mogła być jawna, toby pan współpracował z WSI?
Nie tylko o to chodzi. Gdyby do Warszawy przyjechał Mount Everest, to raczej bym na niego nie wszedł. Na początku moi rozmówcy nie poinformowali mnie, jaką służbę reprezentują i czego ode mnie właściwie chcą. Przeczuwałem, iż ewentualna współpraca z tajnymi służbami może być w przyszłości wykorzystana przeciwko mnie, i tak się zresztą, niestety, stało, już na samej podstawie tego nagabywania.
Odium wokół WSI tworzą byli oficerowie tych służb, którzy zmieniają się w anonimowych informatorów
Trzeba dodać, że niektóre służby jako instytucje nie miały już wówczas dobrej reputacji. Sami o tym pisaliście w „Rz”.
Ze sprawy zrobiła się afera, bo Antoni Macierewicz stworzył wokół WSI atmosferę instytucji niemalże przestępczej. A ludzi, którzy otarli się o te służby, prawie odsądził od czci i wiary.
Ta historia potwierdza raczej tezę, że w służbach jest wiele patologii. Odium wokół WSI tworzą byli oficerowie tych służb, może inni jeszcze informatorzy z tego kręgu, którzy nagle zmieniają się w anonimowych informatorów dziennikarzy. I to jest problem instytucji. Ja mówię pod nazwiskiem, oni są schowani i mówią, co chcą. A ja nawet nie mogę sprawdzić, jak to się ma do rzeczywistości.
Pana nazwiska nie ma w raporcie Antoniego Macierewicza, a pojawiły się tam nazwiska innych osób, które zaprzeczają, jakoby współpracowały z WSI. Czy to nie jest dowód na instrumentalne traktowanie tego dokumentu?
Pewnie z tych samych powodów, z jakich nie ma w nim pani nazwiska. Nie ma żadnego powodu, żeby moje nazwisko w nim się znalazło, skoro nie byłem współpracownikiem WSI i nie popełniłem żadnego przestępstwa. Na temat tworzenia raportu nie chcę się wypowiadać, bo nic o tym nie wiem.
Ale nazwisko Jarosława Szczepańskiego jest. A on też twierdzi, że nie współpracował z WSI, i nawet wygrał w sądzie z Macierewiczem.
Nie miałem nic wspólnego z tworzeniem raportu Macierewicza.
Reprezentuje pan jednak formację, która doprowadziła do powstania tego raportu. Głosował pan za rozwiązaniem WSI i sporządzeniem tego dokumentu.
I to, co się dzieje z moją osobą, jest najlepszym dowodem, że mieliśmy w tej sprawie rację.
Gdy się okazało, że będzie raport z likwidacji WSI, czy pomyślał pan, że przy tej okazji może wypłynąć pana nazwisko?
Nie, bo nie byłem współpracownikiem WSI.
To dlaczego rozmawiał pan ze Zbigniewem Wassermannem i z prezydentem Lechem Kaczyńskim na ten temat?
Poinformowałem ministra Wassermanna o próbie zwerbowania mnie do współpracy przez WSI. Uważam, że jeżeli ktoś zostaje ministrem, to powinien uprzedzić swoich przełożonych, że takie zdarzenia w przeszłości miały miejsce, bo mogą one posłużyć do nacisków. A łączenie mojej sprawy z raportem Antoniego Macierewicza wydaje mi się komedią.