Z medialnych relacji dotyczących ostatniego posiedzenia Klubu Parlamentarnego PiS wynikało, że najwięcej emocji wzbudziła zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego o podwyżkach. Posłowie i senatorowie mają dostać 2 tys. zł więcej.

To nie pierwsza zapowiedź podniesienia uposażenia parlamentarzystów. W sierpniu 2020 r. Sejm przyjął ustawę w tej sprawie, ale nie weszła w życie i do dziś gnije w zamrażarce. PiS przeraził się reakcji opinii publicznej i przebąkując, że w czasie pandemii nie wypada, temat porzucił.

Kaczyński wraca do tamtego pomysłu, ponieważ czuje fatalne nastroje posłów własnej partii. Bo to właśnie oni są najbardziej poszkodowani walką z nepotyzmem. Z jednej strony sfrustrowanych jest tych kilkunastu posłów, których bliscy stracili pracę w spółkach Skarbu Państwa. Po pierwsze, stracili dodatkowe dochody rodziny, a po drugie, wciąż w państwowych spółkach zasiadają osoby, które spełniają kryteria opisane w mającej wyeliminować nepotyzm uchwale PiS. Nietrudno znaleźć bowiem nazwiska ważnych polityków Zjednoczonej Prawicy, których bliscy sprawują ważne funkcje w państwowych firmach. Do tego dochodzi wściekłość, że uchwała dotyczy posłów i senatorów. W spółkach dalej będzie mościć się konkubina należącego do PiS szefa wielkiej państwowej firmy, bo nie jest posłem. Tak samo z bliskimi samorządowców. Okazuje się więc, że bycie posłem lub senatorem to dowód frajerstwa. Można się na partyjnym dorobić majątku, ale nie można być parlamentarzystą. Ten ostatni otrzymuje pensję obniżoną przez Kaczyńskiego w 2018 r. po aferze z premiami dla ministrów rządu Beaty Szydło.

Nie najlepiej też wpływa na morale posłów historia Lecha Kołakowskiego, który jesienią odszedł z PiS w proteście przeciw „piątce dla zwierząt". W wywiadach rozpaczał nad upadkiem PiS, które zatrudnia osoby bez kompetencji, i przyznał, że kiedyś nazwał poprzedników partią tłustych kotów, ale teraz tak należy nazwać Zjednoczoną Prawicę. Gdy Kaczyński chciał odbudować większość w Sejmie, spotkał się z Kołakowskim (który wcześniej bezskutecznie o takie spotkanie zabiegał), zwołał specjalną konferencję prasową, na której wspólnie ogłosił wielki powrót, a na koniec poseł został doradcą prezesa jednego z państwowych banków, co oznacza pensję kilkukrotnie wyższą niż w Sejmie.

Prezes postanowił dorzucić posłom po 2 tys. miesięcznie, by ukoić złe nastroje. I nie chodzi mu o to, że posłowie zarabiają fatalnie, że tworzy się mechanizm selekcji negatywnej (po co startować w wyborach, skoro majątek można zbić w spółkach) ani o to, że sam stworzył patologiczny system (posłowie, zarabiając za mało, wsadzają bliskich do spółek). Nie, chodzi o sondaże, które pokazały, że wyborcom nie podoba się nepotyzm. I o to, by w partii nie było buntu. I te niepokoje PiS uśmierzać będzie za pieniądze tych samych podatników, którym się ten nepotyzm nie podoba.

Takie są właśnie efekty budowania polityki na populizmie.