Plus Minus: Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, zapytał pan: „Teraz? A gdzie byłeś rok temu?". Wielu ma pan nowych przyjaciół po udanym powrocie do reprezentacji Polski?

Mateusz Klich: Przyjaciół mam tyle samo, ale pewnie więcej osób jest mi życzliwych. Mam takie wrażenie, że jakbym musiał teraz coś załatwić, to miałbym więcej pomysłów na to, do kogo zadzwonić. Kilka osób odezwało się po długiej przerwie.

Mówi się o panu: „odzyskany" dla reprezentacji. Podoba się panu takie określenie?

Sam nie wiem, czy jestem zadowolony z mojego powrotu do kadry. W pierwszym meczu z Włochami chciałem dać z siebie więcej, myślałem, że będzie lepiej, i nie mogę być szczęśliwy, chociaż wynik nie był zły. W spotkaniu z Irlandią wszedłem na boisko po przerwie, strzeliłem gola i zostawiłem dobre wrażenie. Inna sprawa, że to był dziwny wieczór, niby to była reprezentacja, ale czułem się, jakbym grał w lidze.

Wierzył pan wcześniej w to, że reprezentacja i pan to jeszcze nie jest zamknięty temat?

Były poważne chwile zwątpienia. Kiedy nie grałem w klubie, wiedziałem, że nie mam czego szukać w kadrze, ale kiedy zaczynałem grać i wydawało mi się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, a selekcjoner milczał, to zastanawiałem się, czy to może rzeczywiście już koniec. Odżyłem w Twente, w Utrechcie, w Leeds, wcześniej w Kaiserslautern też miałem dobre momenty, ale to widocznie było za mało na reprezentację. Wiedziałem, że z powołaniem może być ciężko. Nadzieja wróciła, kiedy zmienił się trener i Adama Nawałkę zastąpił Jerzy Brzęczek. Pomyślałem, że jeśli zacząłbym regularnie grać w klubie, może się udać.

Nigdy nie był pan traktowany jak pełnoprawny reprezentant Polski. Ostatnio zagrał pan w meczu z Gibraltarem na początek eliminacji Euro 2016.

I właśnie Euro mocno przeżyłem. Pamiętam, jak oglądałem pierwszy mecz na turnieju, jak patrzyłem na wszystkich chłopaków, których przecież znałem. Zrobiło mi się przykro, że nie uczestniczę już w tym projekcie. Zacząłem przecież eliminacje, długo łudziłem się, że z kadry wypadłem tylko na chwilę, że zdążę wrócić. Później zacząłem się jednak godzić z myślą, że to już koniec. Mundialu w Rosji już tak nie przeżywałem.

Kibicował pan?

To się nie zmieniło. Nie miałem z nikim takiego kontaktu, żeby napisać wiadomość, życzyć powodzenia. Trzymałem się raczej z tymi, których także w kadrze już nie było, jak Adrian Mierzejewski czy Artur Sobiech, ale ściskałem kciuki i życzyłem jak najlepiej. To była fajna drużyna, cieszyłem się, że zaszła tak daleko. Ale wie pan – to trudne: reprezentacja to reprezentacja i trzeba jej kibicować zawsze, ale dla kogoś, kto mógł być jej częścią, to trochę gorzkie przeżycie.

O powołaniu od Brzęczka dowiedział się pan podczas grilla ze znajomymi.

Tak, bezpośrednio od trenera. Odebrałem telefon, a akurat nieznane numery rzadko odbieram. Ucieszyłem się, ale też nie szalałem jakoś specjalnie. Dobrze, że uwierzyłem, że to Brzęczek, bo jakiś czas temu, kiedy zacząłem grać w Twente, Artur Sobiech dość okrutnie mnie wkręcił. Wysłał esemesa z polskiego numeru, którego nie znałem. Przedstawił się jako Adam Nawałka i prosił o kontakt. Wtedy też wróciły nadzieje.

Miał pan w ogóle kontakt z Nawałką przez te lata?

Nie miałem od ostatniego powołania w 2014 roku. Dzwonił Bogdan Zając, ktoś ze sztabu reprezentacji oglądał mnie także na żywo w Holandii, ale już nie pamiętam, kto to był. Później przestali oglądać, według raportu nie byłem nawet w gronie tych, którymi warto się interesować.

Ale rozumiem, że po takim początku sezonu w Leeds i po zmianie selekcjonera powołania zwyczajnie się pan spodziewał?

Tak, nie będę ukrywał. Uważam, że jeśli ktoś dobrze gra w Championship, musi dostać szansę w reprezentacji Polski. Nie wyobrażam sobie, by nasza kadra była na tyle bogata, by bez możliwości sprawdzenia rezygnować z kogoś, kto radzi sobie na Zachodzie. I nie mówię tylko o sobie, Polaków w silnych ligach, w dobrych klubach nie ma znowu tak wielu, a skoro szansę dostają piłkarze z ekstraklasy, to ci – na przykład z Championship – także powinni ją otrzymać.

Trener Leeds Marcelo Bielsa pogratulował panu powołania, występów w reprezentacji albo chociaż gola?

Nie powiedział nawet słowa. Nie jest specjalnie wylewny. Wróciłem ze zgrupowania, poszedłem na trening i tyle. Skoncentrowaliśmy się na lidze.

Powinniśmy wysłać Bielsie kwiaty za to, w jakiej formie znajduje się pan na początku sezonu?

Myślę, że kwiatów to akurat nie chciałby od nikogo, ale jak przyjdzie czas, to na pewno mu podziękuję. Bielsa otworzył mi oczy na parę rzeczy, to dzięki niemu tak wygląda początek rozgrywek w moim wykonaniu. Mam wrażenie, że nigdy nie było lepiej. Jakby przyszedł pan na nasze zajęcia, mógłby się pan zdziwić. Wyglądają, jakbyśmy nigdy wcześniej nie grali w piłkę i trzeba było nas uczyć wszystkiego od podstaw, od samego początku. Trener tłumaczy nam futbol jeszcze raz i to działa.

Pana opowieści o tym, na co Bielsa kładzie nacisk, brzmią trochę naiwnie. Naprawdę wcześniej nie wiedział pan, że lepiej utrzymywać się przy piłce?

Wiem, jak to brzmi. Może wiedziałem, ale nikt nie zwracał na to takiej uwagi, nie kładł takiego nacisku. Żaden mój wcześniejszy trener nie miał takiego języka, by dotrzeć do piłkarzy. Wiadomo, że nie jestem demonem szybkości, ale Bielsa, zamiast nazwać to w jakiś dosadny sposób, stwierdził tylko, że wcale nie jestem wolny, lecz zwyczajnie nie wykorzystuję swojej szybkości. Wskazał mi trzy rzeczy, które muszę poprawić, prześledził moją karierę i doszedł do wniosku, że kluby, w których byłem, i ligi, w których grałem, nie odzwierciedlają moich możliwości. Żałuję, że spotkałem Bielsę tak późno.

Ma pan łatkę piłkarza, który sprawdza się tylko w lidze holenderskiej.

Tak. Być może sprawdziłbym się jeszcze w polskiej, bo przecież przed wyjazdem za granicę też nieźle mi szło. Rzeczywiście, w Zwolle, Twente czy Utrechcie cieszyłem się największym zaufaniem trenerów i potrafiłem im za to podziękować, ale przecież jestem już zupełnie innym piłkarzem niż ten, który został w pamięci polskich kibiców.

To znaczy?

Tak samo jak opinia, że nadaję się tylko na Holandię, przyjęło się też, że jestem leniem i nie potrafię grać w defensywie. Trudno takie łatki się odkleja, kiedy nie można liczyć, że kibice oglądają mecze. Ani liga holenderska, ani druga liga niemiecka nie są w Polsce zbyt popularne. A ja w Kaiserslautern też przecież miałem dobre występy. Do Anglii także przeniosłem się po to, żeby udowodnić innym, ale przede wszystkim sobie, że się da, że potrafię. Teraz wychodzi, że miałem rację. Przylepiało się do mnie błoto, a tak naprawdę kibice pamiętają mnie z Cracovii, zapominając, że grałem tam siedem lat temu. Przez ten czas dużo się zmieniło w moim życiu, w podejściu do grania. Jestem zupełnie innym człowiekiem i piłkarzem. Wiele się nauczyłem.

A może panu ta Holandia tak pasowała, bo zwyczajnie świetnie się pan tam czuł?

To na pewno. Żyło się tam fantastycznie. Zresztą różne myśli i plany mamy z dziewczyną, jest też taki, by po zakończeniu mojej kariery zamieszkać w Holandii na stałe. Jest spokojnie, bez napinki, nikt się do niczego nie miesza, nie wtyka nosa w nie swoje sprawy, nikogo nie obchodzi, czy sąsiad kupił sobie nowego passata. Ale jeśli mam być szczery, to w Holandii z grania w piłkę nie ma wielkich pieniędzy. Kiedy dobry piłkarz z tamtej ligi dostaje ofertę z Anglii czy Hiszpanii, to nie ma możliwości, żeby nie skorzystał. W Leeds też mieszka się dobrze, każdy chce grać w tej lidze, a i pieniądze są większe.

W Niemczech – w Wolfsburgu czy Kaiserslautern – ani się panu dobrze nie grało, ani nie żyło zbyt komfortowo?

Nie, że się dusiłem i było mi źle. Nie narzekałem na nic. Jeżeli jednak zagrałem słabszy mecz, od razu siadałem na ławce rezerwowych albo wysyłali mnie na trybuny, a z moją niewyparzoną gębą nie było mi łatwo przetrwać w takich warunkach. Lubię podyskutować z trenerami, a w Niemczech odzywanie się nie było najlepszym pomysłem. Trzeba było słuchać poleceń i je wykonywać. W Kaiserslautern zagrałem w 21 meczach, strzeliłem cztery gole – nie są to jakieś zawstydzające statystyki, ale nigdy się tam nie odnalazłem, bo z obu stron zabrakło zaufania i zrozumienia.

O czym dyskutował pan z trenerami?

Nie kłóciłem się, ale za to obrażałem. W Wolfsburgu nie miałem żadnych podstaw, by liczyć na miejsce w podstawowej jedenastce, bo byli lepsi ode mnie. Ale w Kaiserslautern, kiedy widziałem, że grają gorsi ode mnie, a ja muszę patrzeć na to z boku tylko dlatego, że nie jestem Niemcem, trudno było mi to znieść spokojnie. Na treningach strzeleckich specjalnie waliłem ze szpica za ogrodzenie. A to – delikatnie mówiąc – nie ułatwiało mi życia, nie poprawiało mojej sytuacji. To było takie szczeniackie zachowanie. Nauczyłem się, że to nie pomaga. A skoro o nauce – tak, w Niemczech piłkarsko wiele się nauczyłem, ale zrozumiałem też, że na dłuższą metę tam nie pasuję.

Spokorniał pan już?

Na pewno. Trochę więcej rozumiem, trochę się zestarzałem. Pokory nauczyły mnie Niemcy. Te wędrówki między pierwszym składem, ławką rezerwowych i trybunami. Zmądrzałem też tak zwyczajnie, życiowo. Mam 28 lat, wiem, że nie wypada się obrażać i strzelać fochów. Oczywiście nadal jestem wkurzony, kiedy nie gram, ale wiem, że można to pokazać w inny sposób. Wielkie sceny nie są opłacalne.

Jeszcze w Polsce na pierwszym treningu przepuścił pan piłkę między nogami Marka Wasiluka, zdarzało się, że trenerzy wyrzucali pana z treningów.

Orest Lenczyk raz mnie wyrzucił, bo zamiast biegać jak wszyscy dookoła boiska w trakcie rozgrzewki, kopałem piłkę. Artur Płatek też raz mnie wyprosił, wcześniej w juniorach bywało podobnie. Ale spokojnie, to też tylko łatka, nie było przecież tak, że nie uczestniczyłem w co drugich zajęciach. Każdemu zdarza się jakaś głupota.

Powiedział pan ostatnio, że ma pan dużo więcej w głowie. To co pan miał wcześniej?

Nigdy nie byłem tępy, ale inaczej podchodziłem do swojego zawodu. Kiedy wyjechałem z Polski uznałem, że jestem wielkim talentem i będę grał, a może i ode mnie trener będzie zaczynał ustalanie składu. Nie grałem, nie miałem prawa, nie byłem gotowy na poważną piłkę. Wszystko mi przeszkadzało. W Niemczech trening był ważniejszy niż mecz, męczyłem się. Ale to było siedem lat temu.

Znalazłem w jakimś starym wywiadzie, że pana pasja to podróże. To rzeczywiście się zgadza – w siedem lat było siedem klubów.

Nigdy nie miałem problemów z podróżami, ale przeprowadzki rzeczywiście były męczące. Nie zmarnowałem jednak tego czasu. Mieszkałem w Niemczech, Holandii i Anglii, poznałem inną kulturę, innych ludzi, nauczyłem się obcych języków. Po angielsku i niemiecku porozumiewam się bez problemów, niderlandzki rozumiem, ale mimo trzech podejść nie udało mi się poznać go na tyle, by wpisywać sobie w CV. W Holandii angielski całkowicie wystarcza, nawet filmy w telewizji puszczają po angielsku, dając tylko niderlandzkie napisy. Zresztą wiele słów podobnych jest do niemieckich, a akurat języka w Niemczech musiałem się nauczyć. Nie, żeby mi się podobał, bo przecież chyba nikomu się nie podoba, ale takie są wymagania wobec obcokrajowców w Bundeslidze. Oczekują tego, że będziesz mówił w ich języku i kropka. Kiedy przechodziłem do Leeds, cieszyłem się, że w swoim angielskim złapię trochę brytyjskiego akcentu, bo bardzo mi się podoba. Ale nie udało się, trzeba się tu urodzić, by to mieć. Jest kilku chłopaków w szatni, których zwyczajnie nie rozumiem.

Siedem lat, siedem klubów, ale to chyba jedyne sprawy, w których akceptuje pan tak szybkie zmiany.

Kobietę mam tę samą i to jest najważniejsze. Przez 15 lat w piłce zobaczyłem tyle, że myślę, iż ciężko byłoby mi teraz znaleźć kogoś odpowiedniego. Trafiłem idealnie, Magda jest moją podporą, bez niej byłoby mi bardzo ciężko. Trzymam się jej i nie puszczam.

Zawsze sprawiał pan wrażenie osoby, której nic nie może wyprowadzić z równowagi, która niczym się nie przejmuje.

U mnie też nie zawsze świeci słońce, czasami wychodzę z siebie. Dla piłkarza najgorsze jest to, kiedy nie gra. Nie znoszę nie móc robić tego, co kocham, wiedząc, że potrafię robić to dobrze. W poprzednim sezonie pokłóciłem się z trenerem, który przegrał osiem na dziesięć meczów i nie zmieniał składu. Krew mnie zalała, lekko się zagrzałem.

Z gorszym czasem woli pan być sam na sam czy dzieli się emocjami z innymi?

Nie zamykam się w sobie. Kiedy wracam do domu, to mówię, co się wydarzyło, Magda jest na pierwszej linii ognia. Jest ze mną od początku, kiedy wyjechałem z Polski, i chyba też już wie, jak ze mną postępować. Pewnie słyszy po moim głosie, czy warto ciągnąć temat, czy lepiej pomilczeć. Czasami rzucamy tylko do siebie, że „pogadamy jutro". Nie zamykam się w pokoju, nie piję do lustra, nie palę.

A kiedy dół długo trwał, to nie było myśli, by zejść na złą drogę?

Zawsze byłem dość rozważny. Nie zdarzyło mi się zwariować, nie odleciałem ani nie pogrążyłem się w smutku nad butelką. Wszystko jest dla ludzi, czasami pogram w karty w kasynie, czasami się napiję, ale wiem, kiedy i ile można. Nigdy nie paliłem, sam się nie osłabiałem. Cieszę się, że udało mi się przejść przez karierę bez skrętu, bo widziałem chłopaków, którzy sobie nie poradzili. Wychodzę jednak z założenia, że moje piłkarskie problemy, chociaż oczywiście mi wydają się gigantyczne, są niczym przy problemach innych ludzi. Dostawałem dobre pieniądze i nie grałem w piłkę – wielu piłkarzom taka opcja nawet pasuje. Ja tak nie mogłem. Dużo pieniędzy poświęciłem, licząc na to, że będę lepszy i będę czuł się spełniony. Schodziłem z kontraktów, zarabiałem już tyle, że na więcej mogłem liczyć nawet w Polsce, ale nie dawałem za wygraną. Chciałem zostać na Zachodzie jak najdłużej.

Cytat z pana z „Polski The Times", gdy był pan juniorem: „Chciałbym mieć dużo pieniędzy, coś swojego, na przykład restaurację".

No i mam się teraz tego wyprzeć i powiedzieć, że najważniejsza jest idea? Jako piłkarz muszę wykorzystać ten czas, kiedy gram, by jak najwięcej zarobić. Piłka rozleniwia i po zakończeniu kariery trudno wraca się do normalnej pracy. My oczywiście też ciężko pracujemy, ale jednak inaczej niż normalni ludzie, którzy idą do roboty na osiem, dziesięć godzin dziennie. U Artura Sobiecha na kawalerskim był jego przyjaciel, który pracuje w kopalni, i kiedy zaczął nam opowiadać, jak wygląda dzień jego pracy, zacząłem Bogu dziękować za to, że umiem grać w piłkę i jestem, gdzie jestem. Przepraszam, ale nie potrafię wyobrazić sobie nawet jednego takiego dnia jak z tej opowieści. Jako piłkarz muszę zarobić dużo pieniędzy, żeby później robić to, na co mam ochotę, a nie to, co trzeba.

Bielsa, goniąc was do sprzątania terenów wokół stadionu, naprawdę chciał pokazać, ile kibic musi pracować na karnet, czy to takie zagranie pod publiczkę?

Pośmialiśmy się trochę, dostaliśmy rękawiczki i worki na śmieci. Nie spodziewałem się, że tyle jest syfu dokoła. Ale to przecież nie jest tak, że wcześniej nie wiedzieliśmy, ile kibiców kosztuje karnet. Jeśli ktoś zarabia 1000–1500 funtów, to dla niego wydatek 400 funtów jest olbrzymim wyrzeczeniem. Swoje pieniądze i czas poświęcają tak naprawdę jednak wszyscy kibice na świecie. Bilety nie są tanie.

Wiedział pan o tym, że kibice ciężko pracują, a o tym, że piłkarze się dobrze odżywiają już nie? Bo czytam, że dopiero teraz ma pan odpowiednią dietę.

Dobre jedzenie, spanie, odpoczynek – wiadomo, że to podstawy. Mogłem to robić wcześniej, ale po co, prawda? Przecież byłem zdolny i umiałem grać w piłkę. Nigdy nie obżerałem się czipsami, nie miałem 20 kilogramów nadwagi, ale zacząłem się przyglądać bliżej temu, co jem, dopiero kiedy przyszedł trener Bielsa i powiedział, że jeżeli waga któregoś z nas mu się nie spodoba, to wyrzuci do drugiej drużyny. Cała drużyna zmieniła podejście do żywienia, zmieniło się też jedzenie w klubie. Jest trochę jak w wojsku, przechodzimy regularne badania, sprawdzają nam tkankę tłuszczową. Co kilka tygodni są też badania ogólne organizmu. Tak naprawdę na nic głupiego nie możemy sobie pozwolić, to nie są żarty. Bielsa w Marsylii wyrzucił do rezerw najlepszego zawodnika tylko dlatego, że mu się nie podobała jego waga. A ja obiecałem sobie, że zrobię wszystko, żeby grać w Leeds i żeby to był dobry sezon.

Pana tata był piłkarzem, mama zdobywała medale mistrzostw Polski w pływaniu. Miał pan w ogóle inny pomysł na siebie niż sport?

Nie widziałem się w niczym innym. Jak by trzeba było, coś bym wymyślił, ale byłoby to na siłę. Jako trzynastolatek wyprowadziłem się z domu i zacząłem naukę w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Krakowie, od początku nie wyobrażałem sobie innej możliwości, wiedziałem, że będę piłkarzem. Pamiętam trenera, który powiedział naszej klasie, że na 25 osób może dwóm uda się zagrać w ekstraklasie, a reszta będzie musiała znaleźć sobie inne zajęcie. Wiedziałem, że będę w tej dwójce. Nie powiedziałem tego głośno, bo to była nowa szkoła i nie chciałem od razu zgrywać kozaka.

To za co było nieodpowiednie zachowanie?

W domu rodzice nie mieli ze mną problemów, ale w szkole lubiłem sobie pogadać. Nie zamykała mi się japa. Ta zła ocena z zachowania nie była za przeszkadzanie w lekcjach czy bójki na przerwach, ale za ciągłe robienie żartów, większość nauczycieli tak naprawdę bardzo mnie lubiła.

Trudno było wyprowadzić się z domu tak szybko?

Na pewno była to łatwiejsza decyzja dla mnie niż dla moich rodziców. Tylko pierwsze pół roku było trudne. Niektórzy na trening dojeżdżali przecież tramwajem, ja żeby się rozwijać, musiałem przeprowadzić się 70 kilometrów od domu. Z jednej strony – aż 70, z drugiej – tylko. Na każdy weekend byłem w domu, nie wyjechałem na drugi koniec Polski, widywałem rodzinę co kilka dni, a nie co kilka miesięcy. Poza tym internat to fajna sprawa, poznałem superludzi, do dzisiaj utrzymujemy kontakt. Spędzaliśmy przecież 15 godzin dziennie, zapomniałem, że jestem sam, było coraz łatwiej. Później praca sprowadziła do Krakowa także mojego tatę, zamieszkałem razem z nim. Cieszyłem się, że mamy swoje mieszkanie, nie stać mnie było, żeby coś samemu wynajmować.

Wspomniał pan, że nauczyciele pana lubili. W szatni też jest pan duszą towarzystwa?

Nieskromnie mówiąc – chyba tak. Dziewczyna się ze mnie śmieje, że jak trzeba coś załatwić, to mam numer do każdego i wystarczy, że zadzwonię i pogadam. Ale taka śmiałość i kręcenie, bajery to mi wychodzą raczej ze znajomymi, bo w urzędzie, do obcych już taki śmiały nie jestem.

Nigdy skromność panu przesadnie nie przeszkadzała. „Z takimi kocimi ruchami jak ja to trzeba się urodzić", „Żałuję, że nie urodziłem się w Brazylii" – to wszystko pana słowa. Śmiałe.

No, dalej żałuję, że nie urodziłem się w Brazylii, ale już się pogodziłem. Chodziło tylko o piłkę. Zamiast grać cały dzień na Copacabanie, spędziłem dzieciństwo na betonie w Tarnowie.

Po jednym z meczów reprezentacji Polski, kiedy kibice wychodzili ze stadionu w przerwie, powiedział pan, że kibice przyszli tylko po to, żeby w przerwie zjeść bigos. I że dałby pan 40 tysięcy zakazów stadionowych. Ta pokora, o której pan mówił, sprawia, że teraz żałuje pan tamtych słów?

Nie żałuję, bo powiedziałem prawdę. Nie przeprosiłem za te słowa i nie zamierzam przepraszać. Niektórzy piłkarze opowiadali wtedy, jak to się źle zachowałem, jak nie miałem prawa wypowiadać się w ten sposób, a prywatnie się ze mną zgadzali i myśleli dokładnie tak samo. Nie przeszkadzała mi nagonka, nie przejmowałem się tym, ile mi się od kibiców dostało.

Po ostatnim meczu we Wrocławiu z Irlandią schodził pan z boiska jednak jako ostatni, rozdając autografy chyba całej trybunie.

Tak, tylko nikt nie wiedział, że za jedną z bramek siedziało pół mojej rodziny. Tata jest w Tarnowie trenerem w Akademii Młodych Orłów, zabrał do Wrocławia kilkadziesiąt dzieciaków. Dwóch moich kuzynów przełożyłem przez ogrodzenie, robiłem sobie ze wszystkimi zdjęcia. Wiedziałem, że jest tam dużo dzieci i ciężko im przecież było odmówić.

Pana tata, oceniając pański powrót do reprezentacji, powiedział, że aby dobrze grać, musi czuć pan zaufanie trenera.

To jest coś, czego zabrakło mi w Niemczech, kiedy po słabszym meczu od razu szedłem na ławkę. Później, wychodząc na boisko, nie myśli się o tym, żeby grać jak najlepiej, ale głównie o tym, by niczego nie zepsuć. Bo jak zepsuję, to zostanę zmieniony. Trener musi dać mi swobodę w graniu, musi mi ufać. Bielsa przed każdym spotkaniem pokazuje nam filmiki z wcześniejszych meczów. Nie mówi, że coś było fatalne, ale zauważa, że fajnie wyszedłem na pozycję i że mam dalej szukać takich rozwiązań. Nawet jeśli prezentuje niecelne podanie, docenia sam pomysł. Zachęca do ryzyka, do kreatywności. Z blokadą i strachem w głowie nie da się grać. Bez stuprocentowego zaufania nie uda się niczego zbudować.

Czuje pan zaufanie Brzęczka?

Jestem ciekawy, jak się rozwiniemy. Trener ma jasny plan. Jak na selekcjonera to chyba coś nowego, że nie chce grać tylko z kontry i szybkimi skrzydłami. Ma inny pomysł, niż kopnąć piłkę do Roberta Lewandowskiego, liczyć, że Robert sam się przy niej utrzyma i najlepiej jeśli strzeli jeszcze trzy gole. Mam nadzieję, że zostanę w tej drużynie na długo, widzę w takiej ekipie dla siebie miejsce.

Piłkarze mówią o różnicach między Nawałką a Brzęczkiem, wskazując na jasność przekazu.

Trener Brzęczek wjechał i powiedział, jak chce, żeby wszystko wyglądało. Nie ubierał tego w poezję. Trener Nawałka był bardzo profesjonalny, mówił tak profesjonalnie, że nie było wiadomo, o co mu chodzi. Trzeba było się domyślać. Pracowałem z nim tylko na początku, nie mogę oceniać całej kadencji, słyszałem, że później się trochę zmienił. Brzęczek jest konkretny. Mówi to, co myśli. I nie nosi szaliczków.

rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
prenumerata.rp.pl/plusminus
tel. 800 12 01 95