Przed pierwszą turą, zastanawiając się, który z kandydatów dźwiga największy ciężar, uznałem, że dwaj najważniejsi, bo na ich barkach spoczywa cała spuścizna zmieniających się u władzy obozów, nawet jeśli nie mieli na nią wpływu. Ale za bardziej obciążonego uznałem Rafała Trzaskowskiego. Wyraźnie źle się czuje w atmosferze „walki o wszystko", a wyborcza wyprawa do różnych zakamarków Polski to dla niego podróż do dalekich krajów. Andrzej Duda ćwiczył słitfocie z prowincjonalną Polską przez całą kadencję.
Te okoliczności się nie zmieniły. A jednak kiedy obserwowałem obu polityków w wieczór wyborczy, nieco skorygowałem ogólne wrażenie, kto tu jest mocniejszy, a kto słabszy.
Hunwejbini za plecami
Andrzej Duda tego wieczoru przemawiał w Łowiczu do tłumu, który właściwie mu nie pomagał. Jego grzeczne gratulacje dla Rafała Trzaskowskiego zostały powitane buczeniem i nieco aroganckimi okrzykami: „Tu jest Polska!". Jak się w tej sytuacji brać za grę o nie swoje elektoraty? Kiedy Duda tego próbował, pisowscy działacze zakłócali subtelności jego mowy mechanicznymi wiwatami na jego cześć. Ewidentny brak chemii.
Zarazem ktoś powinien przestrzec pana prezydenta, że w wieczór wyborczy nie powinien przemawiać pół godziny. Że nieuważny widz przed telewizorem nie ogarnie tak długiego wystąpienia, a niektóre media przerwą relację po dłuższej chwili. Tak mniej więcej wyglądała zresztą jego kampania. Duda raz za razem wyrywał się sztabowcom, nakręcał wiecową atmosferą. Ale też działał w otoczeniu nie całkiem mu bliskim, i to mimo że nigdy nie był tak pisowski jak w ostatnich miesiącach. Niezgodnie z logiką, bo powinien od razu łowić na nie swoich terenach.
Na tym tle Rafał Trzaskowski w wieczór wyborczy wyraźnie lepiej panował i nad swoim przekazem, i nad tłumem zwolenników. Jemu nikt nie zakłócał tak karkołomnych dla tych środowisk sztuczek jak próba kokietowania wyborców Krzysztofa Bosaka – wspólnotą poglądów na wolny rynek.
Nie znaczy to, że nie ma za jego plecami hunwejbinów. Tłum celebrytów zdążył w następne dni spostponować w internecie wyborców starszych i mniej wykształconych. W „Gazecie Wyborczej" mogliśmy poczytać bluzgi Waltera Chełstowskiego na wszystkich, którzy w pierwszej turze nie zagłosowali karnie na prezydenta Warszawy, a przecież „chodzi o demokrację". Szymon Hołownia skarżył się na „platformerskich trolli" żądających, aby spełnił swój psi obowiązek i natychmiast poparł Trzaskowskiego. Ale przed kamerami dobrze naoliwiona machina omijała takie kontrowersje.
To jednak nie wszystko. Duda jest po wielomiesięcznej kampanii. Trzaskowski ma świeższe siły. Duda się broni. Trzaskowski jest na fali wznoszącej. Zmęczenie i stres prezydenta mogą się ujawnić w debatach (jeśli do nich dojdzie, co nie jest oczywiste) czy w innych trudnych do przewidzenia sytuacjach. Państwo pod koniec tygodnia będziecie wiedzieli więcej ode mnie.
A jest jeszcze inna miara obciążenia. Andrzej Duda gra o wszystko. Jeśli odejdzie z pałacu na Krakowskim Przedmieściu w wieku zaledwie 48 lat, nie stanie się celebrytą od zagranicznych odczytów. Mainstream mu na to nie pozwoli. Nie stanie się też jednym z liderów Zjednoczonej Prawicy. Nie ma w tym obozie trwałej pozycji ani zwolenników. Zostanie uznany za współwinnego porażki, choć pewnie mniej odpowiedzialnego niż Jarosław Gowin, a nawet Mateusz Morawiecki, którzy zablokowali głosowanie 10 maja. Wróci do prywatnego życia potępiany przez swoje zawodowe, prawnicze środowisko, niechroniony przed zniewagami.
Całkiem inaczej Trzaskowski. Może i ma cienką skórę, może jest nienawykły do starć. Ale on właściwie już wygrał, nawet jeśli przegra. Jest politykiem, który uratował rezultat Platformy, godząc się – niechętnie zresztą – na kandydowanie, więc jako niedoszły prezydent stanie się jednym z jej rzeczywistych, a nie tytularnych, liderów. Uczyni z Warszawy bastion swoich wpływów. Ma przed sobą długą drogę. A jeśli wygra, może się okazać, że jest znacznie mniej grzecznym, bardziej drapieżnym zawodnikiem, niż się komukolwiek zdawało.
Oczywiście, kampania nie jest tylko funkcją wytrzymałości i nerwów obu głównych graczy. Na Dudę pracuje machina rządowa, łącznie z uporczywie pomijanym przez TVP Jacka Kurskiego premierem Morawieckim. Tyle że coraz ciężej jest wyciskać kolejne obietnice. Trzeba raczej obiecywać utrzymanie tego, co jest, i przestrzegać przed liberałami, którzy to ludziom ponoć odbiorą. To oczywiście wciąż działa, ale też możliwe, że doszło do przesytu tą tematyką. Polacy wiedzą już, że mają 500+, i są coraz mniej wdzięczni. Albo przesłania im te dobrodziejstwa wizja popandemicznej recesji.
Kto przegrzał, kto kluczył
Zarazem trzeba przyznać, że kampania Dudy jest bardziej spójna i prostolinijna. Utożsamienie się z polityką rządu PiS ograniczyło go już na starcie w lwiej części do wyborców PiS, ale wiemy, czego broni i za co bierze odpowiedzialność. Oczywiście bierze ją też za to, co w tym dorobku nieprzyjemne, łącznie z kontrowersyjną reformą sądownictwa, z naginaniem i upartyjnianiem rozmaitych instytucji. Na początku swojej kampanii mógł się od tego choćby symbolicznie nieco zdystansować (na przykład kontestując wybór Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza do Trybunału Konstytucyjnego), ale z okazji nie skorzystał.
Trzaskowski kokietuje z kolei samą zmianą, przedstawia się jako kandydat niemal antysystemowy, a zarazem ucieka od swojego dawnego dziedzictwa. Gubi swoje ogony. Choć przy okazji punktuje to, czego PiS nie zrobił, co robi źle lub nieudolnie. Od służby zdrowia przez ekologię po obciążoną błędami Antoniego Macierewicza armię.
Jednak nawet w sprawach światopoglądowych kandydat PO raczej unika konkluzji, niż przyznaje się do własnego zdania. Można się zżymać na sztab PiS, że wybrał temat LGBT z wyrachowania, jednak Duda wierzy, że ratuje polskie rodziny przed inwazją seksualności. Ta wiara doprowadziła go pewnie do przegrzania tematu. Ale nie do uników jak Trzaskowskiego, który zapowiadał gejowskie śluby, a dziś nie chce się do tego przyznać.
Chwilami prezydent Warszawy będzie musiał balansować na linie. Tak naprawdę dylemat, na ile wdzięczyć się do elektoratu Bosaka, nie dotyczy tylko kwestii ideowych. Choć te konteksty są wyjątkowo smaczne, Trzaskowski był w przeszłości dyżurnym pogromcą „prawicowych ekstremistów" spod znaku Marszu Niepodległości i za wszelką cenę starał się skojarzyć ich z PiS. Ale konkluzja: „łączą nas poglądy gospodarcze", to także ukłon w kierunku dawnej wolnorynkowej spuścizny Platformy. Ukłon ryzykowny w chwili, kiedy cała scena, łącznie z PO, przechyliła się w wymiarze ekonomicznym w lewo. Te dylematy to skądinąd miara programowego rozchwiania partii Trzaskowskiego.
Paradoksalnie, pomimo całej swojej wojowniczości, nie idzie on za to do końca drogą tych celebrytów i publicystów (jak Wiesław Władyka i Mariusz Janicki w „Polityce" czy zastępy autorytetów „Wyborczej"), którzy chcieliby widzieć kampanię jako krucjatę demokratycznego dnia przeciw autorytarnej nocy. Nie może tego uczynić, bo konsekwentne przyjęcie takiego tonu prowadziłoby do pytania, czy sam nie uwiarygodnia systemu, startując w wyborach. Pamięta, że Małgorzatę Kidawę-Błońską zniszczyły nie tylko jej słabości, ale i hasło bojkotu głosowania. Nie podąża w tym kierunku także dlatego, że zna nieskuteczność takich moralistycznych apeli do zwykłych Polaków. Wie, że musi być twardo antypisowski – przestrogą jest tu dla niego los symetryzującego Władysława Kosiniaka-Kamysza. Ale i musi za Szymonem Hołownią wzywać do odbudowy wspólnoty.
Trochę pomogła mu z kolei strategia pisowskiego sztabu realizowana przede wszystkim przez TVP. Ludzie PiS chcieli Trzaskowskiego w drugiej turze, miał być ze wszystkimi swoimi słabościami wygodniejszym konkurentem Dudy niż Hołownia czy nawet Kosiniak-Kamysz. I możliwe, że pastwienie się nad jego stanowiskiem w sprawie stosunku do roszczeń ruchu LGBT odebrało mu jakichś wyborców, a jeszcze mocniej zadziała w drugiej turze, kiedy wahać się będą zwolennicy Bosaka. Ale też rządowa telewizja pomogła wykreować go na kogoś bardzo ważnego, z kim trzeba się liczyć. A jako nieustannie opluwana ofiara mógł wzbudzić współczucie albo chęć ratowania. Pamiętajmy o wielkiej mobilizacji przy urnach.
Przegrani, skołowani, niepewni
Częścią krajobrazu są także przegrani kandydaci. Ci, którzy zwracają uwagę, że proporcja sił obu obozów: rządowego i antyrządowego, prawie się nie zmieniła, powinni jednak pamiętać o klęsce Władysława Kosiniaka-Kamysza i Roberta Biedronia.
Ta druga może być wypadkiem przy pracy, konsekwencją źle dokonanego wyboru personalnego. Biedroń nie umiał kłuć PiS z lewej innymi pomysłami na usługi publiczne czy mieszkania, nawet jeśli o tym wszystkim czasem mówił. Przebiła się przede wszystkim jego etykietka „jedynego kandydata postępowego", co dotyczyło antyklerykalizmu i rewindykacji obyczajowych. Tu prymat odebrał mu Trzaskowski. Dla weteranów elektoratu peerelowskiego kandydat Lewicy mógł być niestrawny jako gej. A dla gejów i ich przyjaciół jako ktoś mniej skuteczny od prezydenta Warszawy. Jego klęska nie mówi nam wszystkiego o przyszłości projektu zwanego Lewicą, silnego wciąż w Sejmie. Ale niewątpliwie Włodzimierz Czarzasty koncertowo zaprzepaścił szansę, aby lepszym wynikiem prezydenckim projekt ten umocnić.
Jeśli chodzi o Kosiniaka, to widowiskowy smutek na jego twarzy w wieczór wyborczy może być czymś więcej niż wyrazem osobistego zawodu. W jego przypadku zagrożony jest cały polityczny pomysł: nachylonego w prawo centrum symbolizowanego przez sojusz z Pawłem Kukizem, śmiało wkraczającego do miast, sięgającego po przedsiębiorców. I nawet ciężko jest wskazać konkretne błędy, jakie popełniono. Kosiniak prowadził dobrą kampanię. A po krótkiej nadziei wręcz zajęcia części pola Platformy nie zostało już nic. Miejsce trzeciej siły opanowała zaś efemeryda Szymona Hołowni, produkt osobistych celebryckich zdolności byłego dziennikarza TVN i biznesowego wsparcia.
Hołownia uszczknął po trochu wszystkim ugrupowaniom, przyciągnął też wielu tych, którzy głosowali po raz pierwszy lub twierdzili, że nie pamiętają, na kogo oddali swój głos wcześniej. Mamy więc do czynienia z typowym mechanizmem lepienia ugrupowania protestu, choć raczej z zabarwieniem centrolewicowym, stosownie do deklaracji samego kandydata. Zdecydowana większość jego zwolenników chce w pierwszym odruchu poprzeć Trzaskowskiego, ale sporo nie zamierza pójść do urn, a 15 proc. przymierza się do poparcia Dudy. Co także nie jest dziwne, bo przecież biografia i oblicze ideowe kandydata mogło oddziaływać na miękkie odłamy różnych elektoratów.
Uczyniło to z niego dzisiaj obiekt szczególnych nacisków obozu Trzaskowskiego – od zalotów samego kandydata po trollowe upomnienia i wrzaski takich ludzi jak Chełstowski. Ludwik Dorn, dawny ideolog PiS, podjął się nawet perswadowania telewizyjnemu celebrycie, że jeśli „obóz demokratyczny" przegra z jego powodu, wszyscy będą mu to pamiętać, a jeśli wygra z jego poparciem, Trzaskowski będzie mu wdzięczny. W rzeczywistości jest to diabelski dylemat. Słabe zaangażowanie faktycznie grozi katolickiemu liberałowi kacem i poczuciem braku sprawstwa. Za to wejście w kampanię Trzaskowskiego pozbawia go politycznego dziewictwa. I popycha ku odegraniu roli przybudówki Platformy, którą przypisywano mu od początku.
Jest to tym istotniejsze, że Hołownia ma kłopot systemowy. Poparcie ponad 13 proc. Polaków, jeszcze przy tak wysokiej frekwencji, jest faktycznie hojnym wianem, z którym trudno wracać do prowadzenia talent show w TVN. Zarazem los wszystkich antysystemowych pospolitych ruszeń był mniej więcej podobny. Prędzej czy później się rozpływały.
Paweł Kukiz miał tylko pół roku do wyborów i wyrazistsze, nawet jeśli nierealne hasła – z wyborami większościowymi i demokracją bezpośrednią na czele. A i tak został zmuszony do zamknięcia sklepiku po jednej kadencji. Hołowni pozostaje obietnica innego, bardziej obywatelskiego stylu (prezydentury, więc temat znika, kiedy przegrał wybory), radykalny ekologizm i antypartyjność. Trudno to donieść przez trzy i pół roku do wyborów jako spoiwo ruchu społecznego, a tym bardziej partii od której się odżegnuje, ale na którą jest skazany. Mogłoby dojść do nich wcześniej, gdyby wygrał Trzaskowski i jako prezydent wymusił wybory parlamentarne. Tyle że pomagając mu, celebryta mógłby skończyć jako jeden z wielu funkcjonariuszy partyjnej maszynerii. Serce Platformy pojemne, a żołądek jeszcze bardziej. Roman Giertych już czuwa przy Hołowni.
Fenomen chłopięcego Bosaka
Jest jeszcze fenomen niezłego wyniku Krzysztofa Bosaka. Nie doceniono tego mało charyzmatycznego kandydata o fizjonomii chłopca i wątłym dorobku życiowym. Okazał się pracowity, precyzyjnie formułujący myśli. Rozmaitym radykałom, eurosceptykom, ale także wrogom politycznej poprawności, a przede wszystkim wolnorynkowcom zaoferował wreszcie normalność nieośmieszającą ich agend. Nie ekscentryzm a la Janusz Korwin-Mikke czy Grzegorz Braun.
Unikał kontrowersji wokół aborcji czy LGBT. Dał prawicy, którą ja nazywam „egzotyczną", nadzieję na traktowanie serio, co obrodziło pomnożeniem głosów. I stał się ważnym podmiotem gry. Komplikując arytmetykę starcia między obozem „dobrej zmiany" i opozycją uważającą się za obrońców demokracji, wyrósł na języczek u wagi.
Nie wiadomo, co jednak miałoby z tego wyniknąć. Znaczna część wyborców Bosaka odgraża się, że do urn nie pójdzie. Dla liderów Konfederacji zwycięstwo Trzaskowskiego mogłoby być nawet na rękę. Wizja totalnej wojny pisowskiego rządu i platformerskiego prezydenta stwarza więcej nadziei dla bezkompromisowych kontestatorów. Domknięty pisowski układ jest groźniejszy.
Ale też rola akuszera prezydentury „obrońcy gejów", proniemieckiego globalisty wciąż uwiera. A jeśli ta kampania stanie się teraz cywilizacyjną wojną światów, będzie uwierać jeszcze bardziej. Bosak już poczuł się zmuszony w rozmowie z RMF do wypowiedzi sugerujących, że poprze Dudę (odda ważny głos „nie na Rafała Trzaskowskiego") pomimo szykan, jakich to środowisko doznało choćby od rządowej telewizji.
Pytanie też, czy te niespełna 7 proc. Bosaka to zapowiedź czegoś poważniejszego. Wciąż ciężko uwierzyć, że pospolite ruszenie, pełne niezrównoważonych dziwaków, zapoznanych uzdrowicieli świata i ulicznych watażków jest w stanie zmienić się w profesjonalną maszynerię. Ale może takie cuda się czasem zdarzają.
Napędzać popularność może Konfederacji popandemiczna frustracja różnych grup Polaków, w tej liczbie zwłaszcza młodych. Na Węgrzech Jobbik zepchnął rządzącą partię Orbána ku społecznemu centrum, dając jej nawet możliwość ekspansji. W Polsce dużo o to trudniej, skoro środowiska aspirujące do wyższych szczebli społecznych gwarantują względną siłę umiarkowanie liberalnej opozycji. W tej sytuacji PiS musi się czuć podwójnie zagrożony. Do takich bezpośrednich kłopotów, jak być może utrata prezydentury czy krucha większość rządowa, mogą dojść jeszcze bardziej strukturalne.
Więcej demokracji czy ciężka ręka
Ponieważ jesteśmy „na styku", zdarzyć się może wszystko. Zaważyć mogą choćby mityczne grupy „wyborców drugiej tury". Idą one nieraz w dziesiątki tysięcy, odegrały ważną rolę w 2015 roku. A nie wiemy, kto będzie miał większą siłę ich zmobilizowania.
Można się za to pokusić o bardziej generalną próbę oceny stanu polskiej demokracji na tle tych wyborów. Są one toksyczne, nieprzyjemne, nastawione na wzajemne zniszczenie, co jest już truizmem. Czy jednak wieszczą totalny, systemowy kryzys demokracji?
To z Klubu Jagiellońskiego, krytycznego wobec PiS, wyszła ostatnio analiza przypominająca, że po roku 2015 dość znacznie wzrosła (o jedną czwartą) liczba osób deklarujących, że mają wpływ na życie publiczne. Demokracja musi być do pewnego stopnia oparta na solidnych społecznych podstawach. I można by doznać wrażenia, że obywatelska partycypacja wzrasta. Potwierdza je także gigantyczna jak na polskie warunki frekwencja. Bierze się ona nie tylko z niszczących wzajemnych emocji.
Równocześnie wciąż nasilają się plotki o szykowanej przez Jarosława Kaczyńskiego po wyborach kolejnej fazie odgórnej biurokratycznej rewolucji. Początek ma być „błahy" – odmowa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów przyznania Radia Zet Agorze. Potem jednak możliwe ma być wszystko, łącznie z przemodelowaniem rządu.
Pytanie, czy rewolucja będzie w szerszym zakresie możliwa, kiedy prezydentem zostanie polityk opozycji. Na dobrą sprawę nie wiemy, czy Trzaskowski postawi na polityczną ofensywę od pierwszej chwili, czy w interesie własnej formacji będzie zwłaszcza na początku markował zamiar kompromisu z rządem. Ale na pewno rewolucyjnej ofensywy PiS-owi nie ułatwi.
No tak, tylko że ewentualna porażka Dudy utwierdzi Kaczyńskiego w przekonaniu, że przed 10 maja trzeba było twardo. Że nie należało się bać ani zarzutów o naginanie prawa, ani trudności organizacyjnych, tylko przeć do wyborów, szybkich i wadliwych, za wszelką cenę. Czy kierując się taką myślą, Kaczyński nie zechce podważyć wyborów, w następstwie których wygrał jego oponent, zwłaszcza jeśli zanosi się na niewielką różnicę głosów? Groziłoby to zimną wojną domową w Polsce i kompromitacją zewnętrzną. Prof. Antoni Dudek o to go jednak podejrzewa, i dla wielu nie jest to myśl do końca dziwna.
Jeśli zaś Duda wygra, co wciąż odrobinę bardziej prawdopodobne, pokusa rewolucji będzie jeszcze bardziej przemożna. Nie wiadomo już, czego życzyć Polsce. Wojny na górze, takiej lub innej, po zwycięstwie polityka opozycji czy domknięcia się monopartyjnego układu władzy, w obrębie którego prof. Pawłowicz już dziś doradza odsunięcie samorządów od wpływu na proces wyborczy i podporządkowanie go „jednolitej władzy państwowej".
Oczywiście, można też uznać, że to wszystko czcze rozważania, bo Kaczyński pozostał nieuleczalnym demokratą. Ale czy na tym można budować pewność?