Reklama

Autentyczne wariactwo

A byłeś w czeskich Tatrach? – to pytanie regularnie można było usłyszeć w polskich schroniskach jeszcze w latach 90. Uwagi, że to raczej słowackie Tatry, przyjmowano wzruszeniem ramionami. Teraz często słyszę o czeskich winach. Wiem, że takie są, ale pytający mają na myśli wina morawskie. Żadna różnica? – Richard, gdzie twoja żona? – A, pojechała do Czech – to autentyczny dialog, który słyszałem na Morawach.
Autentyczne wariactwo

Foto: materiały prasowe

Ponieważ w tym roku południowoafrykańskie degustacje wybito mnie z głowy wirusem, to wpadłem na Autentik Fest Moravia, doroczne święto tych win, a właściwie części z nich. Części, bo pod pieczą Petra Koraba gromadzą się tam autentyści, czyli producenci win naturalnych, organicznych, bio czy jak je tam zwać. Festyn jak festyn, ale pokazuje i przeboje, i zagrożenie, przed którym stoją morawscy winiarze.

Wielu z nich to nie dotyczy – robią wina jak potrafią, byle jak, byle plon obfity i byle można to sprzedać. Polscy turyści wyjeżdżają z Mikulova z plastikowymi kanistrami wypełnionymi tą ambrozją, udowadniając, iż to słuszny kierunek. Ci, którzy wystawiają się na Autentik Feście, są spychani do niszy. – Trzy czwarte znajomych nie chciałoby pić tych win – rzucił w chwili szczerości jeden z obecnych tam najlepszych polskich winiarzy. Dlaczego? Bo to coraz częściej zabawa dla zabawy. Sam uwielbiam wina niefiltrowane i pomarańczowe, nawet te ekstremalne, jeśli jednak cała butelka kwaśnej cieczy zalana jest farfoclami, to czuję ambaras. Dla kogo to?

Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

  • codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
  • pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama