Na przykład na początku lutego, kiedy kijowski Majdan jeszcze nie spłynął krwią, Wiktor Janukowycz był prezydentem Ukrainy, nikt nie widział „zielonych ludzików" na Krymie, a w rosyjskim Soczi trwało wielkie sportowe święto.

Wtedy napisałem: „Rosja jest w olimpijskiej formie. I wykorzysta ją, by Ukraina grała w lidze eurazjatyckiej, a nie europejskiej. Już sączy te kibolskie hasła: Nie pozwoli skrzywdzić Rosjan, którzy znaleźli się na ukraińskim boisku, rubla złamanego nie da na trenera ukraińskiej reprezentacji, jeżeli on nie poprowadzi jej według kremlowskich reguł".

Wspomniałem też, że spodziewam się wjazdu rosyjskich czołgów (manewr przećwiczony w 2008 roku w Gruzji), na co internetowi komentatorzy, ci sami co zwykle, uznali mnie za nieuleczalną ofiarę antyrosyjskich fobii i propagandystę w stylu PRL-owskim służącego zagranicy; tym razem, jak zrozumiałem, Zachodowi.

Choć Zachód nie pojawił się w moim tekście w korzystnym świetle: „Co by się stało, gdyby ta chora koncepcja gruzińskiej powtórki się ziściła? Co by zrobili trenerzy z lig europejskich? To co zwykle – wyraziliby głębokie oburzenie. No i jeszcze pewnie by ukarali selekcjonera sbornej, nie zapraszając go na uroczysty obiad podczas szczytu unijno-rosyjskiego. Sam by musiał jeść kawior w apartamencie. Byłoby mu głupio".

Nie twierdzę, że przewidywania sprawdziły się w stu procentach. Putin pojawił się niedawno na szczycie, co prawda nie unijno-rosyjskim, ale organizowanym przez przewodzące w tym półroczu Unii Europejskiej Włochy – europejsko-azjatyckim. I nie musiał jeść w samotności.

Poza tym raczej wszystko, niestety, się zgadza.

Podobnie, znowu niestety, było z komentarzem z 14 marca, zatytułowanym „Czy Donieck jest gorszy od Krymu". Wtedy za wieszczenie, że inwazja na Donbas jest przygotowana medialnie i militarnie, dostało mi się nie tylko od niezawodnych stałych komentatorów internetowych, ale i kolegów dziennikarzy. Rosja jednak rozpoczęła wojnę na wschodzie Ukrainy znacznie gorszą niż aneksja Krymu.

Teraz wstrzymam się od przewidywania, nie ma takiej potrzeby: media zachodnie przedstawiają czarne scenariusze dla Ukrainy.

I pokornie wspomnę o egipskiej przygodzie sprzed przeszło trzech lat. Obserwowałem wówczas w Kairze przebieg buntu przeciwko Hosniemu Mubarakowi. W czwartkowy wieczór 10 lutego 2011 roku stałem w rozemocjonowanym tłumie na placu Tahrir, czekając na zapowiadane przemówienie dyktatora do narodu. Miało być ostatnie. Wszyscy byli przekonani, że Mubarak powie, że ustępuje. Nie zrobił tego.

Następnego dnia rano, w piątek, stwierdziłem, że nie ma co przekładać dawno zaplanowanego terminu powrotu, bo ta rewolucja jeszcze potrwa. Ruszyłem na lotnisko. Egipska stolica była pusta, jakby smutna i przegrana.

Gdy tylko wylądowałem we Frankfurcie, dowiedziałem się, że Mubarak padł. Gdy wylądowałem w Warszawie, moja mama, która nie wydawała mi się specjalistką od polityki blisko wschodniej, powiedziała: – Dlaczego jesteś zdziwiony, przecież arabscy dyktatorzy odchodzą w piątek.

Miała rację, tak było miesiąc wcześniej z Tunezyjczykiem Zinem al-Abidinem Ben Alim. Ja tego nie skojarzyłem.