Doczeka się pan. Przy tych nastrojach następny film o Kościele będzie paszkwilem o pedofilii, molestowaniu, rozwiązłości i gwałtach. Obrzydliwym i dosłownym. O tak, to jest modne, ale mnie to w ogóle nie interesuje.
To zabawne, bo do pewnego momentu jako film w istocie antyreligijny oglądałem pani „W imieniu diabła". Granica między wiarą a cieżką psychozą jest tu zatarta, wszyscy wierzący, z wyjątkiem proboszcza, to wariaci i najlepiej wychodzi ta, która ucieka z klasztoru.
Moje zainteresowanie zakonami bierze się też stąd, że zupełnie nie wyobrażam sobie życia za murami. Robiąc film, rozmawiając z księżmi, zakonnicami, próbowałam to zrozumieć i chyba uczciwie pokazałam motywacje tych kobiet.
Oberwało się zresztą pani za to.
Recenzent, bodajże z „Krytyki Politycznej", napadł na mnie, bo nie wykorzystałam „W imieniu diabła" do pokazania całego zła Kościoła, wszystkich jego świństw i brudów. Jego zdaniem powinnam rozliczyć wszystkie religie, a katolicyzm w szczególności, z ograniczania ludzkiej wolności, oszustw, manipulacji i gwałtów.
Dlaczego pani tego nie zrobiła? Film byłby głośny.
Nie mogłabym tego zrobić nie dlatego, że brak mi odwagi, w końcu wiele w swych filmach pokazałam. Tylko co, miałam robić film z latającymi po scenie nagusami gwałcącymi zakonnice? To by mu się spodobało.
Fakt, jakoś trudno mi sobie panią w tej roli wyobrazić.
Kręcąc „W imieniu diabła", nie wiedzieliśmy jeszcze, do czego się posuniemy. Przecież jest w nim scena, w której ksiądz obmacuje główną bohaterkę, ale nie mogliśmy pójść dalej, bo sama zaczęłam się przeciwko temu burzyć.
Nie chciała pani skandalu?
Nie chciałam kiczu. To epatowanie nagością, dosłownością w ogóle do mnie nie przemawia. Tego wywalenia wszystkiego boję się najbardziej. Myśmy zresztą z tym filmem wyjątkowo źle trafili.
Co to znaczy?
Robiliśmy go wtedy, gdy w Polsce gwałtownie rozlała się fala dzikiego antyklerykalizmu...
...No tak, to był 2011 rok, czas sukcesów Palikota.
I strasznej nagonki na Kościół, podczas której trudno spokojnie robić o tym kino. Już wiedziałam, że ten film nie trafi w swój czas, że jesteśmy na przegranej pozycji.
Bo pani nie była ani za, ani przeciw.
Ja nie chcę się opowiadać w filmie po jakiejś stronie, przyznawać komuś racji. Mnie interesują racje bohaterów. Dla mnie film nie jest publicystyką. Poza tym trudno byłoby mi dokonać tak wściekłego ataku na Kościół, gdy sama jestem katoliczką, osobą wierzącą. Nie widzę powodu, bym miała się tego wstydzić, nawet jeśli z praktykowaniem jest u mnie gorzej. Źle się czuję w tłumie, w każdym tłumie zresztą, czy to w kościele, czy na demonstracji, i nie znoszę, jak mi wszyscy stoją na głowie.
Z kolei „Pokuszenie" zauważono w Karlowych Warach, dostało trzy Złote Lwy w Gdyni...
...Ale nagrody głównej, za najlepszy film 1995 roku, nie dostaliśmy. Zgarnął ją Machulski za „Girl Guide" z Kukizem.
O matko, straszny film!
Przyznaję, że wtedy naprawdę się wściekłam i wyjechałam z Gdyni obrażona. Jak rzadko kiedy byłam przekonana, że to my powinniśmy dostać tę nagrodę, i jeden jedyny raz pozwoliłam sobie na taką demonstrację.
Polscy twórcy filmów o religii nie robią, ale ochoczo się na temat Kościoła wypowiadają. Ostatnio Krzysztof Pieczyński uznał, że Kościół depcze jego godność, manipuluje ludźmi i trzeba wyzwolić Polskę spod okupacji kleru.
Nie wiem, skąd to się u niego wzięło, ale to jest chore. Krzyś grał u mnie dwa czy trzy razy i zaproponowałam mu księdza w „W imieniu diabła". Jak on się na mnie rzucił! Zaczął krzyczeć w kawiarni: „Co ty mi proponujesz?! Ja księży nienawidzę! Nienawidzę!". Niesamowicie się uniósł, pierwszy raz widziałam go tak zdenerwowanego. To musi być jakaś trauma, bo przyjął to tak emocjonalnie, że nie wiedziałam, co się dzieje.
Wróćmy do początków pani pracy. Długo asystowała pani u Wajdy, Skolimowskiego, Hassa.
Do szkoły filmowej przyszłam strasznie niedojrzała. Na roku byłam z ludźmi często już po studiach, Henrykiem Klubą, Januszem Majewskim, innymi, więc ja, niespełna 17-latka, byłam tam najdrobniejsza, najmłodsza, dziecko właściwie.
Jakim cudem się tam pani w ogóle dostała?
Dzięki scenariuszowi, który trzeba było napisać na egzaminie. Przecież o kinematografii światowej miałam minimalną wiedzę. Zresztą ja wcale nie chciałam robić filmów, tylko być reżyserem teatralnym. Ale żeby to studiować, trzeba było mieć jakieś studia wcześniej, a ja chciałam od razu, stąd filmówka.
Nie korciło pani, by zostać aktorką?
Mieliśmy takie zajęcia na studiach i Maria Kaniewska wyreżyserowała nasze „Śluby panieńskie" ze mną jako Anielą. Odnieśliśmy sukces, cała szkoła się zaśmiewała i wszyscy kazali mi iść koniecznie na wydział aktorski. Posłuchałam ich i przeniosłam się na aktorstwo. W ten sposób straciłam rok.
Dlaczego?
Byłam już kompletnie zdemoralizowana siedzeniem na schodach, oglądaniem filmów, nocnymi projekcjami i pełnym artystycznym luzem, a wydział aktorski to był straszny dryl, ćwiczenie wymowy, techniki aktorskie i mnóstwo zajęć. Uciekłam po pół roku.
Wróciła pani na reżyserię.
I kiedy ją skończyłam, wcale nie ciągnęło mnie do robienia własnych filmów. Wolałam się uczyć, pracując ze świetnymi reżyserami, zwłaszcza że wtedy II reżyser był współtwórcą filmu. Wiem, że zabrzmi to nieskromnie, ale kiedy patrzę na „Ręce do góry" Skolimowskiego, to widzę tam tak wiele moich pomysłów, że sprawia mi to ogromną przyjemność.
W końcu jednak uznała pani, że dość terminowania.
I rozpoczęła się walka o film. Proszę pamiętać, że w PRL nie było tak jak teraz, gdy kręci się 40 filmów rocznie. Wtedy powstawało ich 15 i koniec, więc żeby się dobić do swojego filmu, trzeba było mocno walczyć.
Jak to było u pani?
Składałam kolejne scenariusze, które były odrzucane, a później widziałam, że moim kolegom zatwierdzano te tematy. To prawda, że kobietom było wtedy trudniej, wiele dziewczyn odeszło z zawodu, załamało się.
Pani odpowiedzią na to nie był jednak feminizm.
Oczywiście, kiedy walczyłam o realizację swojego filmu, to mogło się we mnie zrodzić feministyczne myślenie, ale włączenie się w jakikolwiek nurt jest mi kompletnie obce. Nie mogłabym tego zrobić. Nie potrafiłabym się odnaleźć w grupie walczących feministek, zwłaszcza dziś, kiedy kobiety jednak mają równe prawa i mogą spokojnie pracować.
Ale może są inne problemy?
Nie wierzę, by odpowiedzią na nie był feminizm. Zwłaszcza że feministki pogrążyły się w jakichś kompletnie mi obcych walkach ideologicznych. Nie zgadzam się z tym, to jakaś paranoja. Zresztą ja jestem osobą oddzielną i nie chcę się odnaleźć w jakiejkolwiek grupie, także feministek.
Przez lata tkwiła pani jednak w szufladzie „kino kobiece".
Strasznie się przeciwko temu burzyłam, bo co to niby miało znaczyć? Sentymentalne, miękkie, ciepłe kino o kobietach?
To było najprostsze skojarzenie: kobieta reżyseruje, bohaterkami kobiety, to i kino kobiece.
To było takie protekcjonalne klepanie po ramieniu: „kino kobiece". Bo też i o czym kobiety mają robić filmy, jak nie o innych kobietach czy dzieciach?
Choć akurat najlepsze filmy o dzieciach zrobili w Polsce mężczyźni.
To prawda. Na szczęście to etykietowanie się skończyło, przestano mnie tak nazywać, bo i to pojęcie się zdewaluowało. Tym bardziej że coraz więcej kobiet robi filmy. A niech pan spojrzy na teatr – jest wręcz opanowany przez kobiety i mam bardzo poważne wątpliwości czy to dobrze.
Ale w tej uwadze, że jest pani reżyserką kina kobiecego, było coś na rzeczy.
Mnie interesuje praca z kobietami nie tylko dlatego, że łatwiej się z nimi porozumiewam na planie. Już pisząc scenariusz, odruchowo wybieram kobiety, bo jednak dużo lepiej je rozumiem, a przynajmniej tak mi się wydaje. To nie był mój pomysł na reżyserię, jakiś zamiar. Okazało się, że lepiej je znam, i samo tak wyszło.
Całe to kino kobiece wydaje mi się mało odważne.
A czego by pan oczekiwał?
Choćby filmu o Alicji Tysiąc – kobiecie, która żądała odszkodowania za to, że nie pozwolono jej dokonać aborcji, a teraz z tym dzieckiem żyje. To nie jest temat?
Jest, i to dobry, zresztą ktoś, zdaje mi się, zabierał się za to, ale chyba nic z tego nie wyszło.
Ciągnie panią jeszcze na plan?
Od kilkunastu lat robię głównie to, o czym myślałam jako nastolatka, czyli reżyseruję w teatrze. Bardzo to lubię, świetnie się w tym czuję, ale chciałabym zrobić jeszcze jeden film. Piszę scenariusz do kameralnego filmu o dwóch kobietach. Ale czy dadzą mi na niego pieniądze?
Bohaterki są chociaż lesbijkami?
Nie, więc pewnie nie dostanę ani grosza. Ale nie są też zakonnicami.
Pani nie dostanie pieniędzy na film? To komu je dadzą?
To zabawne, ale przez lata ciężko było debiutantom, a teraz to starsi reżyserzy, jak Majewski czy Bajon, skarżą się, że pieniądze są tylko na debiuty, bo podobno tylko młodzi reżyserzy potrafią nawiązać kontakt z widzem.
W PRL było wam wygodniej: ludzie poszli do kina czy nie, to nie miało znaczenia. Teraz trzeba się starać.
Oczywiście, że pod tym względem ten system był znacznie korzystniejszy. Teraz odbywa się nieustanne poganianie – Bajon ma robić film kostiumowy w 22 dni zdjęciowe! Mnie się to wydaje niemożliwe, tak można pracować w serialu, ale film?
Wszyscy liczą pieniądze, ale przecież tak jest na całym świecie.
Ja akurat należę do tych osób, które – wstyd to powiedzieć – bardziej niż sam film interesuje praca nad nim. Nie dlatego, że nie myślę o widzu, ale lubię atmosferę na planie czy na scenie. I trochę ciężko mi odnaleźć się w świecie, w którym tendencja jest dokładnie odwrotna: najważniejsze to film rozreklamować.
Show-biznes ma swoje prawa. Jak się wydaje miliiony, to nie po to, by je utopić.
Ja to rozumiem, tylko nie wiem, dlaczego ma się tym zajmować reżyser. Nie potrafiłabym zachwalać swoich filmów, zabiegać o ich dystrybucję, reklamę. Przecież, żeby „Ida" mogła odnieść sukces, potrzebne były nie tylko pieniądze na reklamę w Ameryce, ale i to, że w promocję zaangażował się Pawlikowski.
Od lat pracuje pani z mężem, operatorem Wiesławem Zdortem.
W tym czasie rozwodziłam się z nim kilkadziesiąt razy, ale się nie udało... (śmiech). Jakoś nie mogłam się zdecydować, bo chociaż nie umiem być w tłumie, to jednak nie wyobrażam sobie, że mogłabym być sama.
Pani z mężem nie tylko żyje, ale i pracuje. A na planie reżyser jest ważniejszy.
Na planie?! W ogóle jestem ważniejsza! (śmiech) On nie zawsze sobie z tego zdaje sprawę, dlatego się kłócimy. Polscy operatorzy, jak żadni inni na świecie, są strasznie ważni i pewni swego, więc praca z nimi jest trudna.
Z mężem też?
Niby po tylu latach wiemy, czego możemy się po sobie spodziewać, ale zawsze dochodzi do konfliktów. To nieuchronne.
Nie funkcjonują państwo jednak jako duet twórczy jak, proszę wybaczyć porównanie, Ewa i Czesław Petelscy.
Oni oboje byli reżyserami, u nas to jest rozdzielone, a ja nie wyobrażam sobie pracy z kimś. Reżyserem muszę być sama i sama muszę podejmować decyzje. Tak było przez całe moje życie.