Mgła nad Rysami była tak gęsta, że można było kroić ją nożem, a zimny wiatr od strony Czarnego Stawu niósł zapach nadciągającej nawałnicy. Podczas gdy zakopiańskie kuracjuszki, narzekając na chłód, sączyły wodę mineralną w sanatorium przy ulicy Kościeliskiej, na podszczytowej grani pojawiła się postać w przesiąkniętej deszczem spódnicy i ciężkich, podkutych butach.
Szła pewnie, wymijając skalne załomy z wprawą, jakiej mogliby jej pozazdrościć wytrawni przewodnicy górscy. Za nią, dysząc ciężko, podążał wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu. Postać z przodu zatrzymała się na wąskim występie nad przepaścią, odgarnęła z twarzy kosmyk mokrych włosów i spojrzała w dół, gdzie chmury na sekundę odsłoniły mroczną taflę Czarnego Stawu. To nie był przewodnik. To była przyszła dwukrotna noblistka – Maria Skłodowska-Curie.