Emitowany między 1974 a 1982 r. serial „Domek na prerii”, będący (wraz z kilkoma telewizyjnymi filmami) luźną adaptacją cyklu powieściowego Laury Ingalls, wypracował sobie równie kultowy status i wychował całe pokolenie widzów. A może nawet więcej niż jedno, bo podczas pandemii przyciągnął nową grupę fanów. Co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że oferuje barwną, ciepłą i krzepiącą ucieczkę od rzeczywistości.
Nie powinno też dziwić, że streamingowy gigant Netflix postanowił zreinterpretować tego klasyka. Współcześnie takie decyzje oznaczają zazwyczaj albo podkręconą brutalność i realizm, albo znaczące uwspółcześnienie historii i jej wydźwięku. Okazuje się jednak, że twórcy postanowili znaleźć równowagę między atmosferą oryginału i wprowadzeniem nowych perspektyw: z jednej strony wciąż mamy do czynienia z ciepłą, rodzinną, pełną optymizmu produkcją, która nie próbuje ani znacząco modyfikować, ani krytykować czy wyśmiewać klasyka. Z drugiej – nie ignoruje niewygodnych kwestii, na które oryginał pozostawał ślepy (m.in. wysiedlenia rdzennych mieszkańców, masowa grabież ziem).