Ta wojna kiedyś się skończy i Ukraina stanie przed dylematem, jak kształtować swoją przyszłość. W oparciu, o jakie pryncypia rozwijać własną państwowość i ku jakim wartościom dążyć? Dziś pozornie wydaje się oczywiste, że nie ma alternatywy dla wyboru Unii Europejskiej i demokracji. Ale nie zawsze tak było. Jeszcze dwanaście lat temu, tuż przed dramatycznymi wypadkami na Euromajdanie, spora część klasy politycznej na Ukrainie rozważała alternatywę: bliższych związków z Federacją Rosyjską albo kursu na Unię. Byli też tacy, którzy powtarzali, że nie ma po co się śpieszyć i trzeba szukać trzeciej drogi. W każdym wypadku kalkulacja opierała się na naiwnym przecenianiu znaczenia państwa ukraińskiego w rozgrywce geopolitycznej. Kijowscy politycy wierzyli, że wielkość państwa, jego zasoby demograficzne i surowcowe, strategiczne miejsce na mapie Europy dają niezwykle szeroki margines gry o własną przyszłość. „Ukraina jest jak atrakcyjna panna młoda i może przebierać w kandydatach do jej ręki” – słyszałem w Kijowie. To złudne poczucie niezwykłej atrakcyjności powodowało bezwład, inercję i zachowawczość elit, reformy szły bardzo wolno, kwitła korupcja i rozwinięty system oligarchiczny. Korzystali na tym politycy prorosyjscy, jak Wiktor Janukowycz. Czuło się jednak przez skórę, że ta gnuśność oraz inercja nie współgra z emocją narodową i budzi coraz powszechniejszy sprzeciw. Najpełniej wyraziło się to w pierwszych dniach Euromajdanu, za którym stał społeczny protest wobec niepodpisania przez Janukowycza umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Byłem tego dnia w Kijowie na Majdanie. Widziałem setki ukraińskich flag i nie mniej europejskich. Ani jednej czarno-czerwonej. Emocja była oczywista: nie chcemy korupcji; chcemy demokracji.