Ktoś powie, że Roland Garros to wiatr, chłód i deszcze. W nosie uciążliwy zapach rudej mączki. Zakaz wnoszenia piwa na korty i przewalające się chaotycznie tłumy. Wszystko prawda. Można jeszcze dodać, że Paryż stał się cholernie drogi, zdemoralizowany przez Amerykanów i Chińczyków, tłoczny i rozwrzeszczany. A jednak, mimo że wszystko to prawda, turniej Roland Garros na przełomie maja i czerwca to jedno z najcudowniejszych świąt tenisa, na którego arenę przed stu lat wybrano najszykowniejsze miasto Europy i stolicę Francji.