Jestem zachwycona tym wyróżnieniem – powiedziała, odbierając statuetkę z rąk prezydenta Biennale Paola Baraty. Przypomniała, że grała we włoskich filmach. Różnych – od „Powiększenia" Michelangela Antonioniego aż do erotyzującej „La vacanzy" Tinta Brassa, że Italia zawsze była jej bliskie, że jej mąż, aktor Franco Nero, urodził się w Parmie, a włoski jest jej drugim językiem po angielskim.

Na konferencji prasowej dziennikarze przypomnieli, że odmówiła przyjęcia od królowej brytyjskiej tytułu damy.

– Nie mam nic przeciwko rodzinie królewskiej – stwierdziła. – Uważam nawet, że ona odgrywa w Anglii bardzo pozytywną rolę. Ale to nie królowa oferuje tytuł szlachecki, lecz rząd. I ja odmówiłam nie królowej, lecz premierowi Blaire'owi. Nie mogłam przyjąć żadnego zaszczytu z rąk człowieka, który wmieszał nasz kraj w wojnę wypowiedzianą na podstawie kłamliwych ustaleń (inwazję na Irak w 2003 r. – red.).

W Wenecji Redgrave była w świetnej formie. Nobliwa starsza pani z siwymi włosami spiętymi z tyłu w kok. Na czerwonym dywanie nie towarzyszyły jej piski fanek takie jak Natalie Portman czy Ryanowi Goslingowi. Ale cóż się dziwić? Mogłaby być prababcią tych dziewczyn, które zza barierek wyciągają notesy, żeby zdobyć autograf swojego idola.

Narodziła się gwiazda

Tennessee Williams i Arthur Miller nazywali ją największą aktorką pokolenia. Stworzyła wspaniałe kreacje na scenie, zagrała w ponad 100 filmach. W swojej karierze zdobyła wszystkie nagrody, o jakich może marzyć gwiazda: ma Oscara, dwa Złote Globy, dwie nagrody canneńskie, wenecki Puchar Volpiego, dwie telewizyjne Emmy, a za pracę w teatrze statuetki Tony i Olivier. Ale równie ważne jak sztuka jest dla niej samo życie. Pełne, aktywne, w którym niejednokrotnie udowadniała, że nie zamierza zamknąć się w złotej klatce i odcinać kuponów od swojej popularności. Interesowała się polityką, wypowiadała się na tematy społeczne, stawała w obronie najsłabszych. Przed rokiem, jako 80-latka, wyreżyserowała swój pierwszy film – dokument „Sea Sorrow" („Morze bólu"), osobistą refleksję na temat kryzysu uchodźczego.

– Zobaczyłam zdjęcia trzyletniego kurdyjskiego dziecka, wyrzuconego na brzeg przez morze – powiedziała. – Wszyscy mnie pytają, dlaczego pod koniec życia nagle stanęłam po drugiej stronie kamery, a ja to zrobiłam właśnie dla tego chłopca, który zapłacił najwyższą cenę za szaleństwo współczesnego świata. I dlatego, że nie wolno nam żyć wygodnie, nie zauważając, ile wojen i konfliktów wstrząsa dziś światem, ile jest tragedii, ilu ludzi zostaje bez dachu nad głową albo w ogóle nie może żyć we własnym kraju. Sama byłam przecież kimś w rodzaju uchodźcy. Miałam dwa lata, gdy rodzice wysłali mnie z bombardowanego w czasie II wojny światowej Londynu. Niedawno w Imperial War Museum znalazłam plakat z tamtego czasu nawołujący, by ludzie zajmowali się „ewakuowanymi" dziećmi. Był tam napis: „To mogłeś być ty". Wtedy ludzie pomagali. Dzisiaj bogate państwa – praktycznie wszystkie poza Niemcami – odwracają się od uchodźców z piekła. Dlatego musiałam zrobić „Sea Sorrow".

Zdjęcia powstały w Wielkiej Brytanii, we Francji, Grecji, we Włoszech, w Libanie. I jak mówi Redgrave, to był najbardziej osobisty film, przy jakim w życiu pracowała.

Należy do znanego, brytyjskiego klanu aktorskiego. Sztuką jej rodzina zajmuje się od kilku pokoleń. Ona sama jest córką sir Michaela Redgrave i Rachel Kempson. Przyszła na świat 30 stycznia 1937 roku. Michael Redgrave grał tamtego wieczoru Laertesa w „Hamlecie" wystawianym w teatrze Old Vic. Gdy nadeszła wiadomość ze szpitala, Laurence Olivier wszedł na scenę i obwieścił zdziwionej publiczności, że Laertes, który od kilku wieków umiera na deskach całego świata bezdzietnie, właśnie został ojcem. Po czym dodał: „Proszę państwa, narodziła się gwiazda". Czy więc mała Vanessa miała wybór? Została w zawodzie rodziców, podobnie jak jej sześć lat młodsza siostra Lynn Redgrave i dwa lata młodszy brat Corin.

– U nas zawsze żyło się sztuką – mówi. – Od najwcześniejszych lat nasiąkaliśmy wrażliwością i otwartością na ludzi, jakie aktorstwo wymusza. Uczyliśmy się tolerancji i nieobojętności. Potem tak samo starałam się wychowywać własne dzieci.

Jako sześciolatka pierwszy raz wystąpiła w przedstawieniu. Ulicznym.

– Wystawiliśmy sztukę napisaną przez mojego równolatka, bo postanowiliśmy zebrać pieniądze na pomoc brytyjskiej armii w walce z Niemcami w czasie II wojny światowej – opowiada. – Niestety, dałam wtedy plamę, myląc tekst, i mój młody kolega-dramaturg przerwał przedstawienie: „Panie i panowie. Vanessa wszystko zrujnowała. Musimy zacząć od nowa". Ale zebraliśmy na nasz cel całkiem niezłą sumę.

Vanessa chodziła do Alice Ottley School w Worcester i elitarnej, prywatnej Queen's Gate School w Londynie, do której, mimo egalitarystycznych, lewicowych poglądów posłał ją ojciec. Od bardzo wczesnego dzieciństwa brała też lekcje śpiewu i tańca, bo sir Redgrave widział córkę w balecie albo w musicalach. Ona sama również o tym myślała, ale życie zweryfikowało te marzenia: szybko stała się zbyt wysoka do baletu. I nie zmartwiła się. Wybrała tradycyjną rodzinną drogę.

– Tak naprawdę zawsze chciałam występować, jak rodzice, w sztukach Szekspira – przyznaje, a zapytana, czy ojciec dał jej kiedyś jakąś ważną zawodową radę, którą zapamiętała, mówi: – Był wspaniałym profesorem aktorstwa. Ale najważniejsze, że nauczył mnie dyscypliny. Dzięki niemu zrozumiałam, że to właśnie ona jest fundamentem wolności. W sztuce i w życiu.

Redgrave studiowała w londyńskiej Central School of Speech and Drama, a po dyplomie zadebiutowała w poważnej roli w teatrze. W latach 60. należała do Royal Shakespeare Company. Spełniły się jej marzenia. Grała w „Koriolanie", „Śnie nocy letniej", „Wszystko dobre, co się dobrze kończy" czy „Jak wam się podoba", ale świetnie się też czuła w zupełnie innym repertuarze. Znakomitą kreację stworzyła w „Mewie", potem wracała do Czechowa wiele razy. Po latach w „Trzech siostrach" wystąpiła razem z rodzoną siostrą Lynne i siostrzenicą Jemmą.

– Teatr to najwspanialszy sposób komunikowania się z ludźmi, wspólnego przeżywania. I jeszcze coś więcej, coś, co nazwałabym żyjącą pamięcią ludzkości – twierdziła.

O piękną dziewczynę o świetnej figurze i niewątpliwym talencie szybko upomniało się kino. W 1958 roku po raz pierwszy pojawiła się na ekranie, później grała głównie w telewizyjnych miniserialach.

– Trafiłam do kina jako młoda dziewczyna. Reżyserzy chcieli mi zbudować wizerunek kobiety tajemniczej i pełnej seksu. Ja nawet lubiłam ten image, ale nie przywiązałam się do niego. Nigdy mi nie zależało, żeby na ekranie dobrze wyglądać. Piękno aktorki nie łączy się z zewnętrznościami, lecz z tym, co emanuje z jej gry – mówi.

Przeżyła szok

Filmowcy też dostrzegli jej poważny stosunek do życia i zawodu. Zadebiutowała na ekranie w 1958 roku, gdy u boku ojca pojawiła się w „The Touch of the Sun", a potem, już sama, w „Behind the Mask" . W połowie lat 60. była już gwiazdą. Zagrała w „Morgan, przypadku do leczenia" Karela Reisza, na chwilę pojawiła się na ekranie jako Anna Boleyn w „Oto jest głowa zdrajcy" Freda Zinnemanna, rolę w „Powiększeniu" powierzył jej Michelangelo Antonioniego. Stała się wizytówką swingującego Londynu.

– Miałam szczęście, bo udało mi się w kinie pracować ze wspaniałymi ludźmi, jak Tony Richardson, Michelangelo Antonioni, Fred Zinnemann czy John Schlesinger – twierdzi.

Tony Richardson bywał w ich domu. Kilka razy zaprosił młodziutką Vanessę na plan, by pracowała jako dublerka gwiazd. Gdy w 1959 roku zobaczyła jego „Miłość i gniew" z Mary Ure i Richardem Burtonem, przeżyła szok.

– Nagle zdałam sobie sprawę, jak bardzo byłam konserwatywną osobą. Cała Anglia była wtedy konserwatywna, przecież jeszcze w roku 60 w moim kraju wytoczono proces wydawcy, założycielowi Penguin Books, który opublikował „Kochanka Lady Chatterley" bez skrótów cenzuralnych. Ale mnie „Miłość i gniew" zmieniły – powiedziała po latach w wywiadzie dla „Reader's Digest".

Potem spotkali się z Richardsonem w teatrze, gdy reżyserował „Otella". Była nim zafascynowana, także jako kobieta. Zaakceptowała jego biseksualizm. Znała to zresztą z domu, bo biseksualny był również jej ojciec, który nigdy nie ukrywał, że utrzymuje związki z mężczyznami. W roku 1962 Vanessa została żoną Richardsona, urodziła dwie córki. Rozwiedli się po pięciu latach, gdy reżyser oszalał na punkcie Jeanne Moreau, ale nigdy nie przestali być przyjaciółmi. Już po rozstaniu była żona zagrała w jego „Szarży lekkiej brygady" kończącej się wojną krymską i masakrą podczas tragicznej szarży u stóp Bałakławy. Richardson, jak przystało na przedstawiciela młodych gniewnych, odarł tę bitwę z legendy, a Redgrave do dzisiaj uważa ten film za arcydzieło.

Utrzymywali kontakty i cenili się wzajemnie do końca jego życia. Redgrave była przy nim, gdy w 1991 roku w Kalifornii umierał na AIDS. I do dzisiaj podkreśla, że to właśnie Richardson powiedział jej coś, co zapamiętała na zawsze: „Kino należy do reżysera. Jeśli będziesz starała się przeforsować swoją własną, inną wizję – nic z tego nie wyjdzie". To była lekcja skromności. Ale tak naprawdę wielu artystów czekało na jej propozycje i interpretacje.

Zagrała w ponad 100 filmach. W „Isadorze" Karela Reisza wykorzystała swoje taneczne przygotowanie, wcielając się w wielką Isadorę Duncan, w „Bostończykach" czy „Powrocie do Howards End", gdzie stworzyła wzruszającą postać właścicielki tytułowej posiadłości, wpisała się w stylowe kino Jamesa Ivory'ego, w „Małej Odessie" Jamesa Graya zagrała rosyjską Żydówkę mieszkającą w Brooklynie. Nie bała się produkcji ciekawych, niesztampowych. Z Kenem Russellem pracowała przy „Diabłach", które wywołały skandal i protest Watykanu. W 1977 roku dostała Oscara za rolę w „Julii" Zinnemanna, filmie nakręconym na podstawie autobiograficznej prozy amerykańskiej pisarki Lillian Hellman. Zagrała tytułową postać aktywistki politycznej, walczącej przeciwko nazizmowi w Niemczech w latach 30. XX wieku. To dzięki niej Hellman „dojrzała ideologicznie". Wzajemne relacje obu kobiet są na ekranie delikatnie podbarwione erotyczną fascynacją, bardzo subtelnie zarysowaną przez reżysera, Vanessę Redgrave i Jane Fondę.

Bitwa o życie

Ten film zresztą był jej bliski. W jej życiu sztuka zawsze przeplatała się z polityką. Był nawet czas, gdy dla polityki ryzykowała aktorstwo. Na początku lat 70. nie dostała wizy do Stanów, bo protestowała przeciwko wojnie wietnamskiej i popierała Fidela Castro. Potem, odbierając Oscara, wywołała skandal, stwierdzając, że nie da się zastraszyć „bandzie syjonistycznych łobuzów, których zachowanie obraża Żydów na całym świecie i ich heroiczną walkę o przetrwanie w czasie II wojny światowej". Odniosła się w ten sposób do dokumentalnego filmu „The Palestinians", w którym przeprowadzała wywiad z Arafatem. Jej oscarowe wystąpienie zostało odebrane jako atak na politykę Izraela wobec Libanu. Nie zjednało jej przyjaciół w Hollywood i praktycznie uniemożliwiło amerykańską karierę. Po latach tłumaczyła, że stanęła po prostu po stronie Palestyńczyków, ale nigdy nie była antysemitką.

Tłumaczyła, jednak niczego nie żałowała. Nie robiła rachunku zysków i strat. Była wierna swoim poglądom.

– Żyłam – mówi zwyczajnie. – Myślałam. Stawałam po stronie tych, którzy wydawali mi się krzywdzeni. Występowałam przeciwko niesprawiedliwości. W swoim domu zrozumiałam, że aktorstwo to nie jest czysta technika. Aktorstwo to nieobojętność na to, co dokoła.

Nie umiała i nie chciała żyć inaczej. – W 1994 roku odbyłam niezwykłą podróż do Sarajewa – powiedziała mi kiedyś w wywiadzie. – Pojechałam tam, żeby pokonać własny strach. I z czystej, ludzkiej solidarności. Chciałam się przekonać, czy mogę coś dla tych ludzi zrobić. A oni zrobili dla mnie więcej niż ja dla nich. Utwierdzili mnie w przekonaniu, że dobrze w życiu wybrałam. Pracowałam z bośniackimi aktorami, którzy grali w oblężonym mieście. Grali, bo tym ludziom nieszczęśliwym, często bezdomnym, sponiewieranym przez wojnę, sztuka była potrzebna tak samo jak woda i elektryczność. Niosła im poczucie wolności. To było dla mnie prawdziwie niezwykłe przeżycie.

Protestowała. Wychodziła na ulice. W różnych sprawach. I w obronie czeczeńskich separatystów, i sklepikarzy.

Czasem popełniała błędy. Podkreślając swoje trockistowskie poglądy, wstąpiła do Rewolucyjnej Partii Robotników – organizacji, którą nawet skrajni lewicowcy uważali za szaleństwo. Na czele tego ruchu stał Gerry Healy, skompromitowany potem jeszcze oskarżeniami o molestowanie seksualne kobiet. Z kolei w czasie festiwalu w Transylwanii wygłosiła mowę przeciwko właścicielom rumuńskiej kopalni złota. Okazało się, że kopalnia była sponsorem festiwalu, a mieszkańcy tamtej okolicy dali ogłoszenie w „Guardianie", że nie mają nic przeciwko kopalni, która daje ich regionowi szansę rozwoju. Ale taki ma sposób życia. I mijające lata nie zmieniły jej charakteru. W 2014 roku gazety pisały o tym, że przyłączyła się do demonstracji przed londyńskim więzieniem Pentoville, bo nowe regulacje prawne nie zezwalały więźniom na czytanie książek. A dziś wszędzie, gdy tylko może, walczy o prawa uchodźców.

– Ludzie nazywają mnie aktywistką społeczną – powiedziała na konferencji w Wenecji. – Ktoś, kto upowszechnia wiedzę na temat praw człowieka, kto staje za konwencjami chroniącymi prawa dzieci, matek, rodzin, to zaraz aktywista? Na tym polega człowieczeństwo, by tam, gdzie można – jak w „Anthem" śpiewał Leonard Cohen – wpuszczać światło.

Inną cechą Redgrave była jej miłość do rodziny, była z niej dumna. Uwielbiała grać z najbliższymi: – Doskonale czułam się na scenie z rodzicami czy rodzeństwem, a potem z przyjemnością grałam z moimi dziećmi. W tej pracy ludzie bardzo wiele się o sobie dowiadują, bo w drobnych scenicznych gestach odkrywają duszę.

Jej córka Natasha Richardson przeniosła się do Stanów, grała na Broadwayu, była żoną Liama Neesona, z matką wystąpiła m.in. w „Białej hrabinie". Z drugą córką Joely Richardson, przez długi czas związaną z producentem filmowym Timem Bevanem, Redgrave wystąpiła jeszcze niedawno w „The Aspern Papers". Współpracuje z synem Carlem Nero, którego ojcem jest aktor Franco Nero. Carlo, aktor i reżyser, w 1998 roku nakręcił film „L'escluso", w którym obsadził oboje rodziców.

Przed niespełna dziesięcioma laty Vanessa Redgrave przeżyła trudny czas rodzinnych tragedii. W ciągu 14 miesięcy straciła trzy najbliższe osoby. 18 marca 2009 roku w wyniku obrażeń, jakie odniosła w wypadku na nartach, umarła Natasha. W kwietniu 2010 roku odszedł w wieku 70 lat jej brat Corin, miesiąc później rak pokonał jej 67-letnią siostrę Lynne. Redgrave długo się nie mogła podnieść. W kwietniu 2015 roku sama trafiła do szpitala z ciężkim zawałem serca. Nie miała siły walczyć o życie.

– Chciałam umrzeć. Bitwa o życie była zbyt trudna, zbyt męcząca. Powiedziałam córce: „Joely, przepraszam cię, już nie mogę". Odpowiedziała: „Dasz radę, mamo". I uwierzyłam – wyznała Redgrave dziennikarzowi „Evening Star" pięć miesięcy później, dodając, że jest w coraz lepszej formie i nawet rzuciła palenie: – Przez kilkadziesiąt lat moim śniadaniem była kawa i papieros. Musiałam z tego zrezygnować.

Mieszka w Londynie. Dziennikarze, z którymi się umawia, opisują jej dwupokojowe mieszkanie w Chiswick. Elegancko urządzone, przestronne, ale jednak niewielkie jak na gwiazdę jej miary. „Po co mi więcej?" – zwyczajnie pyta aktorka. Po wstrząsach, jakie stały się jej udziałem, znów żyje aktywnie. Gra w teatrze w sztuce Matthew Lopeza „The Inharitance" o ludziach chorych na AIDS. W ostatnich latach występowała głównie w serialach, ale w najbliższym roku zobaczymy ją w kilku filmach – przede wszystkim w głównych rolach w „Georgetown" Christopha Waltza i „Mrs Lowry and Son" Adriana Noble'a.

I nie trzeba się dziwić, jeśli na premierze któregoś z je nowych filmów wygłosi płomienną mowę w obronie uchodźców czy zmiesza z błotem Theresę May lub Donalda Trumpa. Postępowała tak przez całe życie, więc niby dlaczego teraz miałaby się zmienić?

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95