Ich autor Josef Koudelka – nawet po wyrwaniu się na Zachód w 1970 roku – przez długie lata nie podpisywał swoich zdjęć z obawy przed zemstą komunistycznych władz na jego rodzicach żyjących na Morawach.
Przemycone cichcem na Zachód fotogramy wywarły wstrząsające wrażenie. Głównie dlatego, że podobnie jak 20 lat potem zdjęcia z pekińskiego placu Tiananmen pokazywały protest zwykłych ludzi przeciw czołgom i uzbrojonym po zęby krasnoarmiejcom.
Zachodni czytelnicy z pewnością dopatrywali się w nich podobieństw do zdjęć z demonstracji w USA przeciwko wojnie wietnamskiej, na których hipiski przyczepiały kwiaty do bagnetów Gwardii Narodowej.
Ale dla ZSRR kadry Koudelki były o wiele groźniejsze niż dla USA zdjęcia ze starć policji z pacyfistami. Związek Sowiecki zbudował swój powojenny mit na wizerunku obrońcy pokoju. Koudelka pokazywał zachodniej opinii publicznej, że jedynym argumentem Kremla w końcu pozostają czołgi.
To, co miliony wschodnich Europejczyków od Tallina po Sofię doskonale wiedziało z własnych doświadczeń, – dla wielu intelektualistów z Paryża, Rzymu czy Londynu było odkryciem tamtego lata 1968 roku. Hańba sowieckich tanków na placu św. Wacława obok książek Sołżenicyna zabiła wiarę w Moskwę wielu francuskich czy włoskich komunistów.
Wielu odbiorców zdjęć Koudelki na Zachodzie najbardziej uderzały beznamiętne twarze sowieckich żołnierzy. Patrzących obojętnie na ludzi płaczących i krzyczących słowa protestu.
Gdy w dramatycznych dniach sierpnia 1968 roku Josef Koudelka wykorzystał na ulicach Pragi swoje życiowe pięć minut – miał za sobą bardzo poplątaną przeszłość. Urodził się w 1938 roku w niewielkiej morawskim miasteczku Boskovice. Z wykształcenia był konstruktorem samolotów.
Jednak z czasem Koudelkę wciągnęła fotografia. Pracował dla miesięcznika teatralnego „Divadlo”, a potem jako fotograf praskiego teatru „Za bramou”.
Do Pragi w sierpniu 1968 r. przyjechał tuż po reporterskiej wizycie w Rumunii, gdzie fotografował życie Cyganów. Choć fotoreportaż nie był jego domeną – szybko zrozumiał, że wobec sowieckiego najazdu jego obowiązkiem jest rejestrować dramatyczne chwile. – W ciągu siedmiu pierwszych dni inwazji miałem poczucie, jakbym przeżył całe swoje życie – wspominał po latach. Zużył wtedy 260 filmów. W ciągu tego tygodnia nie marnował czasu na ich wywoływanie – zbyt wiele działo się na ulicach. Dopiero gdy się dowiedział, że negatywy bezpiecznie dotarły na Zachód – poczuł ulgę. Wysiłek szalonego tygodnia nie poszedł na marne.
W 1970 roku przy pomocy kolegów z Magnum udało mu się uzyskać wizę brytyjską i dostać zgodę komunistów na wyjazd pod pretekstem prezentacji na Zachodzie zdjęć Cyganów. Miał szczęście – być może gdyby któremuś innemu z praskich fotoreporterów udało się wtedy przeszmuglować zdjęcia na Zachód, to one byłyby przepustką do innej wielkiej kariery. Ale na swoje dalsze sukcesy Koudelka zapracował już sam.
Mimo że zdobył uznanie w Magnum „wojennymi” fotografiami – po wyjeździe na Zachód nigdy nie ciągnęło go do uwieczniania konfliktów zbrojnych. Wielkie uznanie zdobył za to za swoje albumy „Cyganie” z 1975 roku i „Wygnańcy” z 1988. Do tej ostatniej pozycji wstęp napisał inny emigrant ze wschodniej Europy Czesław Miłosz.
Swoją ojczyznę odwiedził dopiero w 1991 roku. W Czechach powstały zdjęcia do albumu „Czarny trójkąt” ukazujące zniszczone rabunkową eksploatacją tereny po kopalniach w Krusznych Horach na północy Czech.
W rocznice inwazji Praga uczciła go wielką wystawą w ratuszu staromiejskim. Wydany w związku z nią album „Inwazja” fotograf opatrzył znacząca dedykacją – „Rodzicom, którym nigdy nie dane było obejrzeć moich zdjęć”.
Czesi mają za co dziękować swojemu mistrzowi. Koudelka wprowadził ich tragedię sprzed 40 lat do wizualnej wyobraźni całego świata. Wtedy, w dniach sowieckiej inwazji – jak nazwał to potem Vaclav Havel – był siłą bezsilnych. Uwiecznił miesiące godności naszych południowych sąsiadów przed zalaniem Czechosłowacji strachem i zobojętnieniem husakowskiej „normalizacji”.
Wystawa „Invaze 1968” w ratuszu staromiejskim w Pradze jest czynna do 13 września. Szczegóły: www.artlink.cz
]