Ale ominęłoby mnie mnóstwo rzeczy, mój pociąg by odjechał, a ja razem z nim. A ja myślałem: a tu jest jakiś film, tam, na peronie trzecim, stoi Mazurek, z którym już nie pogadam, kurczę, dość!
Zapewne nie było łatwo?
Po premierze „Erratum" dziennikarze pukali się w czoło: „Panie, pan jesteś gwiazdą »Niani«, a kto tu pójdzie na taki filmik? Po co to panu?".
To zabawne, bo ja słyszałem o tych serialach i myślałem: „Po cholerę on to bierze?". Tym bardziej że teraz nie wystarczy tylko zagrać w filmie.
Nie, trzeba go jeszcze wypromować. I ja to nawet rozumiem, pozwalam się fotografować, udzielam wywiadów gazetom, o których istnieniu nigdy nie słyszałem albo których nigdy nie biorę do ręki...
...„Rzeczpospolita" to taki dziennik.
(śmiech) Pańskie wywiady akurat znam.
Poza tym wyjątkowo teraz nie promuje pan filmu.
Obowiązkowych spotkań miałem mnóstwo, trzeba było chodzić do talk show, nawet jeśli się bardzo nie chciało. Mówię, że ja z tym facetem nie wypadam dobrze, ale słyszę, że musisz, że to ważne, że trzeba...
No tak, a jak film zrobi klapę, to kilkadziesiąt osób będzie panu miało za złe, że nie poszedł pan do Wojewódzkiego...
W końcu się zbuntowałem. Pojechałem na festiwal w Gdyni. Rano jem sobie śniadanie i podchodzi jakiś facet z telewizji śniadaniowej: „Przepraszam, że w takim momencie, ale może nagralibyśmy kilka słów?". No nie, sorry! Też muszę jeść! Pogodziłem się z tym, że nie widziałem w Gdyni żadnego filmu, że jak wychodziłem z pokoju hotelowego, żeby zapalić, to wracałem nie po dwóch, ale po 40 minutach, bo z każdym trzeba było zamienić parę słów, ale żebym nie mógł zjeść śniadania?!
Jeszcze pewnie pan usłyszał, że ma gwiazdorskie maniery?
Czasem spotykam się ze strony dziennikarzy, fotoreporterów z niezrozumieniem. Bo jak to, przecież pracujemy w tej samej branży i oni zrobią mi prywatne zdjęcia i będą mnie w ten sposób promować. Co to jest?! Pokażcie mi, na podstawie którego zdjęcia na Pudelku zaproponowano mi „Bogów"?
Swego czasu był pan całkiem aktywnym celebrytą.
Nigdy nie przekraczałem pewnych barier i chroniłem swą prywatność. Pamiętam, że gdy zaczynałem, dostawałem e-maile: „Jesteśmy zainteresowani wywiadem z panem Tomaszem. Obecność narzeczonej i sesja zdjęciowa w domu mile widziana" – tak na bezczela, z urzędu i z taką pewnością, że na pewno się zgodzę. Nie zależy mi na takiej sławie.
Ludzie uważają, że obowiązkiem aktora jest opowiadać o sobie. I ogromna większość utwierdza ich w tym przekonaniu.
A ja nic nie wiem o Kevinie Spacey – są plotki, pogłoski, spekulacje, że ma taką dziewczyną czy inną, a może jest gejem, a on konsekwentnie milczy. Im mniej o nim wiemy, tym większą siłę rażenia ma „House of Cards". To bardzo dobra strategia i mi ona pasuje.
Kiedyś bywał pan na bankietach, dawał się fotografować...
To często wynikało z niewiedzy, przyjechałem do Warszawy i nie wiedziałem, co i jak. Pamiętam otrzeźwienie, które przyszło po jakimś bankiecie promocyjnym perfum, na którym zrobili mi zdjęcie. Kurczę, pomyślałem, po co mi to, przecież mój status się zmienił, stać mnie na takie perfumy i mogę je sobie kupić, a nie chodzić na takie imprezy... Wymiksowałem się.
Czytam, że jest pan z żoną „jedną z najbardziej tajemniczych par polskiego show-biznesu". To nawet zabawne.
Bo nie robimy sobie sesji dla pism kobiecych? Moja żona jest operatorem filmowym i psychologiem, zna środowisko. To trochę pomaga.
Ponoć nie jest przez to zazdrosna o sceny łóżkowe.
Jeżdżę po kraju z przedstawieniem „Sex guru" i widzowie zadają tam pytania. Pytanie o sceny łóżkowe pada bardzo często. Tłumaczę im, że w wywiadach mówi się im, że w takich scenach bierze udział okrojona ekipa. A jak to wygląda naprawdę? Kręcimy film. Cała ekipa z kierowcami i wszystkimi to 50–60 osób. No więc „okrojona ekipa" to jakieś 17 osób w M3. Więc jest aktorka, jestem ja, my nadzy, i jeszcze 15 osób. Intymność, że hej!
Można się przyzwyczaić?
Jeden z topowych aktorów amerykańskich, nie pamiętam który, powiedział przed taką sceną partnerce: „Jeśli będę miał erekcję, to przepraszam, a jeśli nie, to w sumie też". To jest dziwna sytuacja i nie ma z niej dobrego wyjścia.
Zostawmy to. Jak się dostaje rolę w „Bogach"?
Usłyszałem w produkcji: „Szukałem faceta koło czterdziestki, ale lista jest bardzo krótka". Owszem, są sensowni ludzie, ale tu potrzebny był ktoś bez obciążeń.
Jakich obciążeń?
Aktor bardzo mocno kojarzony z jakąś rolą serialową czy o mocnym entourage'u komediowym nie dostałby roli Religi. Tak samo z aktorem z problemami. A są przecież bardzo utalentowani aktorzy z problemem z alkoholem czy narkotykami i naprawdę ciężko jest wsadzić ich do filmu.
Bo nie wiadomo, czy nie popłyną?
Twórcy się boją, przewidują, że taki aktor będzie robił problemy. To wyjątkowo smutne historie.
Od początku wierzył pan w ten film, że to się uda?
Musiałem dopytać, kto to robi i czy to na poważnie. Teraz mamy tak, że wiele projektów nie dochodzi do realizacji albo padają w trakcie, po prostu dlatego, że brakuje pieniędzy. Wiedziałem, że jak się zdecyduję, to oddam temu wszystko, i chciałem, by ludzie, z którymi mam to robić, mieli podobne podejście.
Chyba się udało?
Razem z Łukaszem Palkowskim, reżyserem, chodziłem do szpitala.
Do szpitala?
Przed zdjęciami chodziłem do szpitala, to było niezbędne. Zresztą jedną z największych zalet tego zawodu jest to, że wchodzę do miejsc, do których nigdy bym nie wszedł. Przed „Bogami" wchodziłem na bloki operacyjne, byłem na sześciu operacjach, widziałem na żywo przeszczep serca. Oczywiście wszystko na zasadzie studenta medycyny, czyli z zachowaniem reguł bezpieczeństwa, ale bałem się, jak zareaguję.
I jak?
Wszystko OK, stwierdzono, że byłbym dobrym chirurgiem...
...za mało pan pije.
W ogóle nie piję.
To nie byłby pan dobrym chirurgiem. Ale wróćmy do operacji...
Oglądałem to wszystko niemal bez krwi, więc się nie bałem, ale miałem metafizyczne pytania: co z tą duszą, co się dzieje? Nie wierzę, że ktoś śpi, a tu mu kroją klatkę i wyjmują serce!
Przed „Skazanym na bluesa" długo starał się pan wcielić w postać Riedla.
Jerzy Stuhr powtarzał nam w szkole: „Zacznij od butów". Chodziło o buty postaci, stopa musi się przyzwyczaić, muszą być lekko znoszone, więc włożyłem kowbojki. One są specyficzne, musiałem się nauczyć w nich chodzić. Miałem długie włosy, kapelusz, niedbałe ciuchy, poznałem narkomanów, ale ponieważ sam nie brałem hery, to niektórzy podejrzewali, że jestem policjantem w cywilu, a z kolei policjanci brali mnie za dilera. Dyrektor teatru musiał potwierdzać moją tożsamość, to, że jestem aktorem.
No tak, wtedy jeszcze pana nie rozpoznawali.
Mieszkając w Krakowie, zgłosiłem się do Monaru, by poznać tych ludzi.
Zaraz mi pan powie, że jest ze Stanisławskiego. Zresztą każdy polski aktor to mówi.
Czemu?
To ja się pytam. Wszyscy opowiadają o długim budowaniu roli, wczuwaniu się w postać, a Dustin Hoffman mówi, że w filmie udaje bandytę i tyle. Taki zawód.
No tak, to prawda. Paradoks polega na tym, że Michaił Czechow, uczeń, a potem najbliższy współpracownik Stanisławskiego, był na emigracji guru Lee Strasberga, nauczyciela najwybitniejszych aktorów amerykańskich. Oni wszyscy czerpią z metody.
Może, ale podchodzą do niej bez zadęcia. W Polsce aktor, który zagrał Myszkina, udziela wywiadów, jakby był Dostojewskim, i plecie z namaszczeniem androny...
(śmiech) Tak, jest coś takiego. Kiedyś bycie na planie filmowym było dla mnie świętem, spełnieniem marzeń. Ale gdzieś od czasu zdjęć do „Bogów" zdałem sobie sprawę, że tak dalej nie mogę, że tu dzieje się zbyt dużo. Muszę ochłonąć i podejść do tego w ten sposób, że po prostu idę do pracy, że wykonuję swoją pracę. Teraz też mówię, że aktorstwo to mój zawód, a wychodząc rano, mówię, że idę do pracy, do roboty. Bardzo takiego podejścia potrzebuję.
Bo koncentracja na budowaniu postaci, na swojej psychice jest dla aktora zbyt obciążająca?
To obciążenie wynika też z organizacji pracy w filmie. Tam wszystko siłą rzeczy kręci się wokół głównego aktora, przecież często cały budżet filmu, miliony złotych i praca dziesiątków osób opiera się na nim. Byłoby fatalnie, gdyby się rozchorował czy coś złego mu się stało.
To prawda.
Więc wszyscy chodzą wokół i spełniają jego pragnienia: „Super, czegoś potrzebujesz? Tylko powiedz". Nie dziwię się, że po tym wszystkim niektórym aktorom, zwłaszcza młodszym, po prostu odbija. Jeżeli grają trzy główne role z rzędu, to cały czas jest przy nich armia ludzi dopytująca, czy chcą kawki czy herbatki.
Trudno panu było po czymś takim wracać do realiów, do domu?
Mając wcześniejsze doświadczenie z filmów komercyjnych, z ostrożności sam się – trochę na siłę – uziemiałem. Wolę sam się przejść po kawę, samemu wziąć parasolkę, zadbać o rekwizyt...
Pamiętam, jak grałem w „Niani" i byłem na weselu. Wychodzę na papierosa z innymi i słyszę, jak panie strofują swoich mężów, że tacy wygnieceni, „a spójrzcie na pana Tomasza, on zawsze tak pięknie wygląda". Musiałem paniom wytłumaczyć, że na planie nie wolno mi usiąść w marynarce, bo zaraz się gniecie, a jak się gniecie w serialu czy reklamie, to się zaczyna nienormalna histeria.
Zderzenie obrazu aktora z rzeczywistością było dla nich szokiem?
Staram się takie rzeczy zbijać od razu. Po „Bogach" jeżdżę na spotkania, przychodzi też sporo ludzi po przeszczepach, którzy chcą sobie zrobić zdjęcie. I ilekroć ktoś powie „panie Zbyszku" czy „panie profesorze", to jednak reaguję od razu. Bardzo przepraszam, ale ja nie przeszczepiam serca, ja tylko zagrałem człowieka, który to robił. Nazywam się Tomasz Kot i nie bawię się w udawanie prof. Religi.
Ciągle pojawiają się pytania, czemu pana nie ma w żadnym komitecie honorowym. Bo Karolak jest, a Kota nie ma i jeszcze mówi, że nie chce. Pan się nie interesuje polityką?
Interesują mnie jej mechanizmy, zastanawiam się, co się dzieje. Nie chcę się opowiadać po stronie żadnej partii, choć mam poglądy polityczne. Gdyby ta niewielka grupa osób w Sejmie potrafiła się dogadać i powstałby PO–PiS, to jestem pewien, że fajni ludzie z jednej i drugiej strony mogliby zrobić wiele dobrego.
Dziś to kompletna mrzonka.
A ja jestem zwolennikiem racjonalnych rozwiązań, zdrowego rozsądku, którego szukam w polityce. Wiem, że nie ma idealnych rozwiązań, i potrafię dostrzec plusy, a nie tylko minusy, nie skreślam ludzi całkowicie.
No to już: wybrać partię, w której więcej takich ludzi, i do komitetu wyborczego.
Zarówno w Platformie, jak i w PiS są ludzie, koło których nie wyobrażam sobie, że mógłbym zasiąść. I dlaczego miałbym się zmuszać? Nie chcę się też opowiadać, na kogo głosuję, bo to moja prywatna sprawa. I bardzo dobrze, że pan mnie o to nie pyta.
Ani mi to w głowie.
Uff...