Reklama

Niektórym aktorom odbija

Pamiętam otrzeźwienie, które przyszło po jakimś bankiecie promocyjnym perfum. Kurczę, pomyślałem, po co mi to, przecież stać mnie na takie perfumy i mogę je sobie kupić, a nie chodzić na takie imprezy...

Aktualizacja: 11.04.2015 21:13 Publikacja: 10.04.2015 02:08

Tomasz Kot, aktor

Tomasz Kot, aktor

Foto: Fotorzepa/Darek Golik

Rzeczpospolita: Jak się panu podoba kotomania?

Przecież grałem wcześniej, i to główne role. Czemu akurat teraz? Nie rozumiem.

Jest pan bardzo popularny?

Od czasów „Niani" ludzie mnie rozpoznają, ale skala tego, co się wydarzyło po „Bogach", jest zaskoczeniem nawet dla mnie.

Akurat tam jest pan niepodobny do siebie.

A jednak. Tam wydarzyło się coś, czego nie rozgryzłem do dziś. To teraz dostaję propozycje: „A może wywiad rzeka?" albo – skoro jestem ojcem – jakiś poradnik?

Ma pan swój czas, każdy chce na panu zarobić.

Wszyscy kombinują, co tu jeszcze wykroić.

Trzy główne role kinowe w ciągu roku. Tyle samo, ile przez całe pańskie aktorskie życie!

A pamiętam, jak kupiłem sobie jeden z tygodników, tam była notka i takie zdanie: „Być może ten film jest jedynym dowodem na to, że Tomasz Kot jest aktorem".

Oprócz „Bogów" zagrał pan w zeszłym roku w „Fotografie" Krzystka. Film mimo świetnych recenzji zniknął z kin.

On bardzo długo czekał na wejście na ekrany, zdaje się, że „Bogowie" mu nie pomogli.

A „Życie jest piękne"?

W kinach będzie dopiero we wrześniu, teraz kończy się montaż.

Reklama
Reklama

Przez kilka pierwszych lat po szkole...

...grałem, a raczej byłem zatrudniony, w teatrze. Dorabiałem w promocjach w supermarketach, jeździłem z jakimiś przedstawieniami.

W Polsce aktor ma 20 lat, tak w przedziale 35–55. Wcześniej za młody, potem za stary.

Jest tak, ale czemu tak się dzieje? To pytanie nie do mnie.

A przecież w „Skazanym na bluesa" grał pan Ryszarda Riedla jako 27-latek.

Film robiliśmy z przerwą, po pierwszym dniu zdjęciowym zabrakło pieniędzy, bo głównego sponsora aresztowało ABW. Powiedzieli mi: „Możesz zdjąć te doczepiane włosy, kowbojki sobie zatrzymaj i trudno. Bardzo nam przykro, kończymy".

Reklama
Reklama

Film w końcu powstał.

Wtedy bardzo mnie to wkurzało, a dziś myślę, że to było dobrodziejstwo.

Bo?

Nie miałem żadnego doświadczenia w pracy z kamerą. Wkrótce po odwołaniu tych zdjęć dostałem propozycję zagrania głównej roli w serialu „Camera Café". Przeniosłem się do Warszawy, wszystko ruszyło i na dokończenie zdjęć „Skazanego..." pojechałem po półrocznym doświadczeniu.

Miał pan po nim poczucie, że już jest gwiazdą? Nagroda za debiut w Gdyni, nominacje do Orłów, tłumy w kinach...

Gwiazdą się nie czułem, ale rzeczywiście liczyłem, że przygoda z „Camera Café" okaże się chwilowa, a po „Skazanym" przyjdą kolejne, poważne propozycje kinowe.

Reklama
Reklama

Było dokładnie odwrotnie. Pański dorobek jest zadziwiający: 2005 – wielki sukces „Skazanego na bluesa", teraz trzy główne role, a pomiędzy małe filmy „Erratum" i „Yuma". No i multum komedii romantycznych oraz seriali.

Po debiucie przez następne siedem lat nie pojawiła się żadna dramatyczna, niekomediowa propozycja. Na szczęście nie miałem zbyt dużo czasu, by się nad tym zastanawiać, bo były seriale.

„Testosteron", „To nie tak, jak myślisz, kotku", „Lejdis", „Ciacho", „Jak się pozbyć cellulitu", „Wyjazd integracyjny" – co łączy te filmy?

We wszystkich grałem.

I wszystkie zostały zmiażdżone, zglanowane przez krytykę.

Reklama
Reklama

Pyta pan o moją motywację? Dlaczego w nich grałem? Z każdym było inaczej. Weźmy „Testosteron" – grałem to jeszcze w Krakowie w teatrze i było bardzo dobrze odbierane. Potem od autora sztuki Andrzeja Saramonowicza dostaję propozycję zagrania w filmie obok Adamczyka, Stuhra, Szyca, Karolaka i kilku innych świetnych aktorów. Dlaczego miałbym tego nie brać? Tym bardziej że kino mnie nie rozpieszczało propozycjami.

A potem już poszło? Ominął pana tylko „Kac Wawa".

No nie, jeszcze w kilku takich filmach nie zagrałem... (śmiech)

Już był pan popularny.

Na fali oszołomienia Warszawą, tym światem, nowymi możliwościami brałem różne role. Słyszę, że „Magdę M." ma kręcić Dejczer. Ja przecież wciąż pamiętam „300 mil do nieba", chciałem z nim pracować, więc wchodziłem w to z zapałem. I nagle się okazało, że jestem też w filmach, w których wcale nie chciałem grać. Przy każdej kolejnej premierze karuzela pędziła coraz szybciej i zaczęło mnie to potwornie męczyć. To wtedy postanowiłem włączyć wsteczny. Musiałem to zrobić...

Reklama
Reklama

...bo zostałby pan aktorem z TVN-owskich seriali?

Wciąż dostaję takie propozycje, ale wiem, że chcę czegoś nowego. Po „Erratum" się wycofałem, zniknąłem, wyjechałem do Kalisza. Jak wróciłem, koledzy byli zaskoczeni, że jeszcze żyję. „Stary, myśleliśmy, że zaszyłeś się gdzieś w puszczy!".

„Erratum" przeszło bez większego echa, ale dla pana to chyba ważny film?

To prawda, grałem go za absolutne grosze: zwrot kosztów plus jakąś studencką dniówkę. Wtedy zrozumiałem, że nie ma sensu pojęcie roli-marzenia. Patrząc w ten horyzont, szukając takiej wymarzonej roli, można się nieźle wywalić. Wiem też, że gdybym wówczas nie przystopował, nie dostałbym roli w „Bogach", nie byłbym tu, gdzie jestem.

Byłby pan zamożnym celebrytą. Tłumy aktorów by się z panem zamieniły.

Reklama
Reklama

Ale ominęłoby mnie mnóstwo rzeczy, mój pociąg by odjechał, a ja razem z nim. A ja myślałem: a tu jest jakiś film, tam, na peronie trzecim, stoi Mazurek, z którym już nie pogadam, kurczę, dość!

Zapewne nie było łatwo?

Po premierze „Erratum" dziennikarze pukali się w czoło: „Panie, pan jesteś gwiazdą »Niani«, a kto tu pójdzie na taki filmik? Po co to panu?".

To zabawne, bo ja słyszałem o tych serialach i myślałem: „Po cholerę on to bierze?". Tym bardziej że teraz nie wystarczy tylko zagrać w filmie.

Nie, trzeba go jeszcze wypromować. I ja to nawet rozumiem, pozwalam się fotografować, udzielam wywiadów gazetom, o których istnieniu nigdy nie słyszałem albo których nigdy nie biorę do ręki...

...„Rzeczpospolita" to taki dziennik.

(śmiech) Pańskie wywiady akurat znam.

Poza tym wyjątkowo teraz nie promuje pan filmu.

Obowiązkowych spotkań miałem mnóstwo, trzeba było chodzić do talk show, nawet jeśli się bardzo nie chciało. Mówię, że ja z tym facetem nie wypadam dobrze, ale słyszę, że musisz, że to ważne, że trzeba...

No tak, a jak film zrobi klapę, to kilkadziesiąt osób będzie panu miało za złe, że nie poszedł pan do Wojewódzkiego...

W końcu się zbuntowałem. Pojechałem na festiwal w Gdyni. Rano jem sobie śniadanie i podchodzi jakiś facet z telewizji śniadaniowej: „Przepraszam, że w takim momencie, ale może nagralibyśmy kilka słów?". No nie, sorry! Też muszę jeść! Pogodziłem się z tym, że nie widziałem w Gdyni żadnego filmu, że jak wychodziłem z pokoju hotelowego, żeby zapalić, to wracałem nie po dwóch, ale po 40 minutach, bo z każdym trzeba było zamienić parę słów, ale żebym nie mógł zjeść śniadania?!

Jeszcze pewnie pan usłyszał, że ma gwiazdorskie maniery?

Czasem spotykam się ze strony dziennikarzy, fotoreporterów z  niezrozumieniem. Bo jak to, przecież pracujemy w tej samej branży i oni zrobią mi prywatne zdjęcia i będą mnie w ten sposób promować. Co to jest?! Pokażcie mi, na podstawie którego zdjęcia na Pudelku zaproponowano mi „Bogów"?

Swego czasu był pan całkiem aktywnym celebrytą.

Nigdy nie przekraczałem pewnych barier i chroniłem swą prywatność. Pamiętam, że gdy zaczynałem, dostawałem e-maile: „Jesteśmy zainteresowani wywiadem z panem Tomaszem. Obecność narzeczonej i sesja zdjęciowa w domu mile widziana" – tak na bezczela, z urzędu i z taką pewnością, że na pewno się zgodzę. Nie zależy mi na takiej sławie.

Ludzie uważają, że obowiązkiem aktora jest opowiadać o sobie. I ogromna większość utwierdza ich w tym przekonaniu.

A ja nic nie wiem o Kevinie Spacey – są plotki, pogłoski, spekulacje, że ma taką dziewczyną czy inną, a może jest gejem, a on konsekwentnie milczy. Im mniej o nim wiemy, tym większą siłę rażenia ma „House of Cards". To bardzo dobra strategia i mi ona pasuje.

Kiedyś bywał pan na bankietach, dawał się fotografować...

To często wynikało z niewiedzy, przyjechałem do Warszawy i nie wiedziałem, co i jak. Pamiętam otrzeźwienie, które przyszło po jakimś bankiecie promocyjnym perfum, na którym zrobili mi zdjęcie. Kurczę, pomyślałem, po co mi to, przecież mój status się zmienił, stać mnie na takie perfumy i mogę je sobie kupić, a nie chodzić na takie imprezy... Wymiksowałem się.

Czytam, że jest pan z żoną „jedną z najbardziej tajemniczych par polskiego show-biznesu". To nawet zabawne.

Bo nie robimy sobie sesji dla pism kobiecych? Moja żona jest operatorem filmowym i psychologiem, zna środowisko. To trochę pomaga.

Ponoć nie jest przez to zazdrosna o sceny łóżkowe.

Jeżdżę po kraju z przedstawieniem „Sex guru" i widzowie zadają tam pytania. Pytanie o sceny łóżkowe pada bardzo często. Tłumaczę im, że w wywiadach mówi się im, że w takich scenach bierze udział okrojona ekipa. A jak to wygląda naprawdę? Kręcimy film. Cała ekipa z kierowcami i wszystkimi to 50–60 osób. No więc „okrojona ekipa" to jakieś 17 osób w M3. Więc jest aktorka, jestem ja, my nadzy, i jeszcze 15 osób. Intymność, że hej!

Można się przyzwyczaić?

Jeden z topowych aktorów amerykańskich, nie pamiętam który, powiedział przed taką sceną partnerce: „Jeśli będę miał erekcję, to przepraszam, a jeśli nie, to w sumie też". To jest dziwna sytuacja i nie ma z niej dobrego wyjścia.

Zostawmy to. Jak się dostaje rolę w „Bogach"?

Usłyszałem w produkcji: „Szukałem faceta koło czterdziestki, ale lista jest bardzo krótka". Owszem, są sensowni ludzie, ale tu potrzebny był ktoś bez obciążeń.

Jakich obciążeń?

Aktor bardzo mocno kojarzony z jakąś rolą serialową czy o mocnym entourage'u komediowym nie dostałby roli Religi. Tak samo z aktorem z problemami. A są przecież bardzo utalentowani aktorzy z problemem z alkoholem czy narkotykami i naprawdę ciężko jest wsadzić ich do filmu.

Bo nie wiadomo, czy nie popłyną?

Twórcy się boją, przewidują, że taki aktor będzie robił problemy. To wyjątkowo smutne historie.

Od początku wierzył pan w ten film, że to się uda?

Musiałem dopytać, kto to robi i czy to na poważnie. Teraz mamy tak, że wiele projektów nie dochodzi do realizacji albo padają w trakcie, po prostu dlatego, że brakuje pieniędzy. Wiedziałem, że jak się zdecyduję, to oddam temu wszystko, i chciałem, by ludzie, z którymi mam to robić, mieli podobne podejście.

Chyba się udało?

Razem z Łukaszem Palkowskim, reżyserem, chodziłem do szpitala.

Do szpitala?

Przed zdjęciami chodziłem do szpitala, to było niezbędne. Zresztą jedną z największych zalet tego zawodu jest to, że wchodzę do miejsc, do których nigdy bym nie wszedł. Przed „Bogami" wchodziłem na bloki operacyjne, byłem na sześciu operacjach, widziałem na żywo przeszczep serca. Oczywiście wszystko na zasadzie studenta medycyny, czyli z zachowaniem reguł bezpieczeństwa, ale bałem się, jak zareaguję.

I jak?

Wszystko OK, stwierdzono, że byłbym dobrym chirurgiem...

...za mało pan pije.

W ogóle nie piję.

To nie byłby pan dobrym chirurgiem. Ale wróćmy do operacji...

Oglądałem to wszystko niemal bez krwi, więc się nie bałem, ale miałem metafizyczne pytania: co z tą duszą, co się dzieje? Nie wierzę, że ktoś śpi, a tu mu kroją klatkę i wyjmują serce!

Przed „Skazanym na bluesa" długo starał się pan wcielić w postać Riedla.

Jerzy Stuhr powtarzał nam w szkole: „Zacznij od butów". Chodziło o buty postaci, stopa musi się przyzwyczaić, muszą być lekko znoszone, więc włożyłem kowbojki. One są specyficzne, musiałem się nauczyć w nich chodzić. Miałem długie włosy, kapelusz, niedbałe ciuchy, poznałem narkomanów, ale ponieważ sam nie brałem hery, to niektórzy podejrzewali, że jestem policjantem w cywilu, a z kolei policjanci brali mnie za dilera. Dyrektor teatru musiał potwierdzać moją tożsamość, to, że jestem aktorem.

No tak, wtedy jeszcze pana nie rozpoznawali.

Mieszkając w Krakowie, zgłosiłem się do Monaru, by poznać tych ludzi.

Zaraz mi pan powie, że jest ze Stanisławskiego. Zresztą każdy polski aktor to mówi.

Czemu?

To ja się pytam. Wszyscy opowiadają o długim budowaniu roli, wczuwaniu się w postać, a Dustin Hoffman mówi, że w filmie udaje bandytę i tyle. Taki zawód.

No tak, to prawda. Paradoks polega na tym, że Michaił Czechow, uczeń, a potem najbliższy współpracownik Stanisławskiego, był na emigracji guru Lee Strasberga, nauczyciela najwybitniejszych aktorów amerykańskich. Oni wszyscy czerpią z metody.

Może, ale podchodzą do niej bez zadęcia. W Polsce aktor, który zagrał Myszkina, udziela wywiadów, jakby był Dostojewskim, i plecie z namaszczeniem androny...

(śmiech) Tak, jest coś takiego. Kiedyś bycie na planie filmowym było dla mnie świętem, spełnieniem marzeń. Ale gdzieś od czasu zdjęć do „Bogów" zdałem sobie sprawę, że tak dalej nie mogę, że tu dzieje się zbyt dużo. Muszę ochłonąć i podejść do tego w ten sposób, że po prostu idę do pracy, że wykonuję swoją pracę. Teraz też mówię, że aktorstwo to mój zawód, a wychodząc rano, mówię, że idę do pracy, do roboty. Bardzo takiego podejścia potrzebuję.

Bo koncentracja na budowaniu postaci, na swojej psychice jest dla aktora zbyt obciążająca?

To obciążenie wynika też z organizacji pracy w filmie. Tam wszystko siłą rzeczy kręci się wokół głównego aktora, przecież często cały budżet filmu, miliony złotych i praca dziesiątków osób opiera się na nim. Byłoby fatalnie, gdyby się rozchorował czy coś złego mu się stało.

To prawda.

Więc wszyscy chodzą wokół i spełniają jego pragnienia: „Super, czegoś potrzebujesz? Tylko powiedz". Nie dziwię się, że po tym wszystkim niektórym aktorom, zwłaszcza młodszym, po prostu odbija. Jeżeli grają trzy główne role z rzędu, to cały czas jest przy nich armia ludzi dopytująca, czy chcą kawki czy herbatki.

Trudno panu było po czymś takim wracać do realiów, do domu?

Mając wcześniejsze doświadczenie z filmów komercyjnych, z ostrożności sam się – trochę na siłę – uziemiałem. Wolę sam się przejść po kawę, samemu wziąć parasolkę, zadbać o rekwizyt...

Pamiętam, jak grałem w „Niani" i byłem na weselu. Wychodzę na papierosa z innymi i słyszę, jak panie strofują swoich mężów, że tacy wygnieceni, „a spójrzcie na pana Tomasza, on zawsze tak pięknie wygląda". Musiałem paniom wytłumaczyć, że na planie nie wolno mi usiąść w marynarce, bo zaraz się gniecie, a jak się gniecie w serialu czy reklamie, to się zaczyna nienormalna histeria.

Zderzenie obrazu aktora z rzeczywistością było dla nich szokiem?

Staram się takie rzeczy zbijać od razu. Po „Bogach" jeżdżę na spotkania, przychodzi też sporo ludzi po przeszczepach, którzy chcą sobie zrobić zdjęcie. I ilekroć ktoś powie „panie Zbyszku" czy „panie profesorze", to jednak reaguję od razu. Bardzo przepraszam, ale ja nie przeszczepiam serca, ja tylko zagrałem człowieka, który to robił. Nazywam się Tomasz Kot i nie bawię się w udawanie prof. Religi.

Ciągle pojawiają się pytania, czemu pana nie ma w żadnym komitecie honorowym. Bo Karolak jest, a Kota nie ma i jeszcze mówi, że nie chce. Pan się nie interesuje polityką?

Interesują mnie jej mechanizmy, zastanawiam się, co się dzieje. Nie chcę się opowiadać po stronie żadnej partii, choć mam poglądy polityczne. Gdyby ta niewielka grupa osób w Sejmie potrafiła się dogadać i powstałby PO–PiS, to jestem pewien, że fajni ludzie z jednej i drugiej strony mogliby zrobić wiele dobrego.

Dziś to kompletna mrzonka.

A ja jestem zwolennikiem racjonalnych rozwiązań, zdrowego rozsądku, którego szukam w polityce. Wiem, że nie ma idealnych rozwiązań, i potrafię dostrzec plusy, a nie tylko minusy, nie skreślam ludzi całkowicie.

No to już: wybrać partię, w której więcej takich ludzi, i do komitetu wyborczego.

Zarówno w Platformie, jak i w PiS są ludzie, koło których nie wyobrażam sobie, że mógłbym zasiąść. I dlaczego miałbym się zmuszać? Nie chcę się też opowiadać, na kogo głosuję, bo to moja prywatna sprawa. I bardzo dobrze, że pan mnie o to nie pyta.

Ani mi to w głowie.

Uff...

Plus Minus
Ksiądz pedofil wykorzystywał Monikę jak tylko mógł. Zmowa milczenia i zaniedbania biskupów
Plus Minus
„Źródło czerni”: Polska w ciemnościach
Plus Minus
„Cartaventura: Lhasa”: Wyprawa po kartach
Plus Minus
„Jay Kelly”: Ostatnia gwiazda kina
Plus Minus
„Wysokie i niskie tony”: Bracia z różnych światów
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama