Thriller o Lwie Demidowie, funkcjonariuszu sowieckiej bezpieki, który u zmierzchu stalinizmu prowadzi na własną rękę śledztwo w sprawie serii morderstw popełnionych na dzieciach, trzyma, jak przystało na ten gatunek, w napięciu, chociaż można się przyczepić, że w samej końcówce karty są odkrywane za szybko i na skróty.
O filmie jest już głośno – rosyjskie Ministerstwo Kultury zarzuciło twórcom hollywoodzkiej superprodukcji „czernuchę", czyli szkalowanie wizerunku ZSRR (i to niemal w przededniu obchodów 70. rocznicy zwycięstwa Armii Czerwonej nad III Rzeszą), a rosyjski dystrybutor filmu potulnie zgodził się z tą opinią i wycofał z jego rozpowszechniania.
Co takiego nie spodobało się rosyjskim decydentom? „System" opowiada o państwie totalitarnym, w którym obowiązuje pogląd, że w raju nie ma zła, więc nie ma również ludzi zdolnych do popełniania bestialskich zbrodni. Z tego powodu, gdy dochodzi do pierwszego zabójstwa, od razu jest ono tuszowane. Podobnie jest z kolejnymi. Tylko determinacja Demidowa – który pada ofiarą intrygi ukartowanej przez jego towarzyszy – sprawia, że seryjny morderca dzieci zostaje zidentyfikowany.
Tyle że „System" nie jest lustrem sowieckiej rzeczywistości lat 50. Rażą westernowe klisze w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Trudno zresztą czegoś innego oczekiwać od Amerykanów. Zabawne jest skądinąd podkreślanie rosyjskości bohaterów poprzez to, że starają się mówić po angielsku... z rosyjskim akcentem. Groteskowy efekt przynosi ten zabieg w przypadku grającego główną rolę Toma Hardy'ego – można odnieść wrażenie, że aktor mówi z akcentem już nawet nie rosyjskim, lecz portugalskim.
Można sobie zatem wyobrazić, że Rosjanie, oglądając „System", mieliby przede wszystkim dużą uciechę: skończył się reset, jest początek nowej zimnej wojny i oto jankesi postanowili się zmierzyć z mrocznymi kartami sowieckiej historii, ale zamiast dramatu wyszła im quasi-komedia. W dodatku Espinosa – sam będący Szwedem pochodzenia chilijskiego – zamiast przybić widzów przejmującą koszmarną beznadzieją, załatwia temat szmirowatym hollywoodzkim happy endem.
Ale cóż, nie jest on twórcą rosyjskim, na przykład Siergiejem Liwniowem, reżyserem wstrząsającego „Sierpa i młotu" z roku 1994 – tragicznej opowieści o kobiecie, która w latach 30. w ramach wielkiego stalinowskiego eksperymentu społecznego zostaje poddana operacji zmiany płci i już jako mężczyzna wtłoczony w machinę propagandową traci prywatność na rzecz totalitarnego państwa.
Czego zatem boją się władze Rosji, skoro obraz Espinosy tak naprawdę nie przedstawia ich kraju? Być może tego, że w „Systemie" pojawiają się fundamentalne pytania o źródła zła. Czy aby na pewno, jak twierdzi w filmie major Graczow, zło pochodzi z Zachodu?
Ćwierć wieku temu francuski liberalny myśliciel André Glucksmann zauważył, że w oczach sowieckich komunistów – podobnie zresztą jak fundamentalistów islamskich – Zachód jawił się jako źródło oświeceniowej krytycznej refleksji, Złej Nowiny odsłaniającej prawdę o niedoskonałości natury ludzkiej, o konfliktach targających każdym społeczeństwem, także tych na tle różnic ekonomicznych.
Sowieccy dygnitarze rzecz jasna nie znieśli owych różnic. Wbrew głoszonej utopijnej ideologii posiadali – jak podkreślał Glucksmann – dacze, ale w przeciwieństwie do zachodniej burżuazji je ukrywali. Podział na klasy społeczne miał być niewidoczny.
W dzisiejszej Rosji – mimo transformacji ustrojowej i oficjalnego odcinania się reżimu od ideologii komunistycznej – mechanizm ukrywania Złej Nowiny został zachowany. Propaganda kremlowska uderza w tony patriotyczne, wskazuje jako wroga Zachód i podkreśla na każdym kroku, że Rosjanie są samowystarczalni. Tyle że kiedy przychodzi co do czego, to się okazuje, że dzieci członków moskiewskiej nomenklatury uczą się w ekskluzywnych szkołach w krajach zachodnich. To zachodni dobrobyt jest przedmiotem pożądania Władimira Putina i urzędników jego administracji, a także zblatowanych z nimi oligarchów. (W „Systemie" do rangi znaczącego kadru urastają zegarki na rękach czerwonoarmisty, które „zdobył" w drodze do Berlina).
Ale nie można o tym mówić głośno, bo demobilizowałoby to społeczeństwo zaczadzone „krymnaszyzmem" (od hasła „Krym nasz") i innymi konsolidującymi je szowinizmami. W tym sensie film Espinosy przedstawia raczej dzisiejszą Rosję niż ZSRR okresu stalinowskiego. Zło pochodzi z Zachodu, bo Rosjanie, patrząc w tamtym kierunku, uświadamiają sobie, że także oni stanowią społeczeństwo, któremu nieobce są słowa Thomasa Hobbesa: „Człowiek człowiekowi wilkiem".