W interesie korporacji
Jerzy Szacki w swoim sztandarowym dziele „Liberalizm po komunizmie" zaznacza, że liberalizm nie może rozwijać się w warunkach zagrożenia. Przy czym za wytworzenie poczucia zagrożenia skłonny jest on obwiniać ugrupowania prawicowe, co może prowadzić do wniosku, że to prawica jest głównym hamulcowym liberalnych zmian w Polsce.
Choć prawica w istocie daleka jest od przyjęcia liberalizmu w takiej postaci, w jakiej definiuje go Szacki, to nie ona jest główną przeszkodą. Za najważniejszą należałoby uznać brak silnego państwa, które byłoby w stanie zapewnić przejrzyste ramy dla działalności jednostek. Silne państwo nie kłóci się z liberalizmem, wszak nawet państwo stróż, aby mogło być skutecznym stróżem, musi budzić respekt. A poczucie zagrożenia, o którym wspomina Szacki, pojawia się nie z powodu istnienia prawicy na scenie politycznej, w końcu sam liberalizm jest proweniencji prawicowej, lecz z powodu dużych nierówności społecznych i powszechnego poczucia niesprawiedliwości.
Liberalizm potrzebuje więc jako podłoża społeczeństwa, które zdołało nasycić się dobrami. Nieprzypadkowo zwolennikami liberalizmu są zwykle ludzie zamożni. Dlatego też istnienie burżuazji i jej zasoby kapitałowe w połączeniu ze stabilnym i sprawnie działającym państwem są niezbędnym fundamentem silnego rodzimego rynku. A ten z kolei warunkuje liberalne przemiany gospodarcze i społeczne. W Polsce lat 90. te warunki nie zaistniały, trudno więc było oczekiwać narodzin rodzimego liberalizmu.
Skoro liberalizmu nie dało się w Polsce zbudować oddolnie, musiał on zostać zaimportowany z zewnątrz. Trafił więc do nas wraz z ekspansją zagranicznego kapitału. Jest to liberalizm w innej postaci, niż postulowali konserwatywni liberałowie. Wielonurtowy, z silnym akcentem na poszanowanie praw mniejszości i swobody obyczajowe. Gospodarczo zaś służący głównie interesom wielkich międzynarodowych korporacji.
Sprawdza się więc teza, że silny kapitał, który znajdzie się w słabym instytucjonalnie i ekonomicznie otoczeniu, będzie kształtował to otoczenie zgodnie z własnymi interesami. A interesy wielkich korporacji są zwykle zbieżne: poszukują takich rozwiązań prawnych i instytucjonalnych, które zagwarantują im maksymalny zysk przy minimalnych nakładach. Takie ich zbójeckie prawo, źle jest jednak, jeśli nie równoważy go stojące na straży interesu publicznego silne państwo.
Gdańscy liberałowie po klęsce swojego rządu najwyraźniej utwierdzili się w przekonaniu, że konserwatywny liberalizm, którego zresztą nigdy nie byli wyznawcami, nie jest w polskich warunkach wykonalnym projektem. Na przekonanie to mogła mieć wpływ także bliska współpraca liberałów z niemiecką CDU, która – wedle słów Pawła Piskorskiego, byłego sekretarza generalnego KLD – bardzo wspomogła, nie tylko intelektualnie, jego ówczesną partię.
Otwartość gdańskiego środowiska na nowe prądy i jego niechęć do konserwatywnej prawicy doprowadziła do zjednoczenia KLD z Unią Demokratyczną. Liberalizm nowo powstałej Unii Wolności dobrze współgrał z liberalnymi standardami Zachodu, a stojący na czele nowej partii Leszek Balcerowicz dawał gwarancję korzystnego klimatu dla dużych zagranicznych inwestycji kapitałowych.
Liberalizm drugiej fali miał zupełnie inny charakter niż ten pierwszy z początku lat 90. Wraz z zagranicznym kapitałem przyniósł Polsce modernizację nie tylko w sferze gospodarczej, ale także kulturowej. Jego dobrą stroną było niewątpliwie uporządkowanie i oczyszczenie rynku z patologii nękających gospodarkę w poprzednich latach. Przyniósł też Polsce nową, wyższą kulturę pracy i konsumpcji.
Złą, choć nieuniknioną stroną było przyśpieszenie procesu homogenizacji społeczeństwa na zachodnią modłę oraz ugruntowanie niskiej pozycji Polski w globalnym podziale pracy jako rezerwuaru taniej siły roboczej i zaplecza podwykonawców dla potrzeb światowej gospodarki.
Druga fala liberalizmu, której największe nasilenie nastąpiło po wejściu Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku, przyczyniła się też do innych głębokich zmian. Wraz z nią zmieciony został nie tylko przaśny bieda kapitalizm lat 90., ale i cała niemal rzeczywistość polityczna tamtego okresu.
Z polityki zniknęli „etosowcy" – na gruzach Unii Wolności liberałowie z Tuskiem na czele powołali Platformę Obywatelską – partię, która nie miała już być postsolidarnościowa. W miejsce odwołującego się do chrześcijańskiej myśli społecznej Porozumienia Centrum powstało konserwatywne Prawo i Sprawiedliwość. Wreszcie po aferze Rywina przestali się liczyć jako istotna siła polityczna postkomuniści, na co wpływ miał też zapewne upadek nomenklaturowego kapitalizmu zmiażdżonego przez wielkie zagraniczne korporacje.
Sprawująca nieprzerwanie rządy od 2007 roku Platforma Obywatelska jest dziś partią liberalną w tym samym znaczeniu co współczesny liberalizm. Wielonurtową i pragmatyczną w sensie ideowym, można w niej znaleźć zarówno grupy konserwatywne, jak i postępowo-liberalne, oraz neoliberalną w sensie gospodarczym, a więc – w skrócie rzecz ujmując – przychylną międzynarodowemu kapitałowi.
Pod skrzydła prawicy
Liberalizm nigdy nie pochylał się nad słabeuszami. Jednak dziś, gdy kapitalizm działa w wymiarze globalnym, słabeuszami są już nie tylko poszczególne jednostki i firmy, lecz także całe państwa. W warunkach ogromnej dysproporcji między zagranicznym a rodzimym kapitałem stosowanie tych samych reguł wobec jednego i drugiego musi się skończyć porażką słabszego, a więc najczęściej krajowego kapitału.
Nic zatem dziwnego, że wielu przedsiębiorców, którzy teoretycznie powinni stanowić najwierniejszy elektorat PO, ucieka pod skrzydła prawicy, nie tylko PiS, ale również prawicy narodowej. Paradoksalnie słaby polski kapitalizm domaga się ochrony przed zagraniczną konkurencją, co oznacza zerwanie z liberalnymi dogmatami.
Czy konserwatywni liberałowie mają więc jeszcze rację bytu? Na pewno w Ameryce, gdzie istnieje silny rodzimy kapitał, skutecznie konkurujący z zagranicznymi rywalami. Ale w Polsce? Tylko pod warunkiem że – wzorem swoich amerykańskich odpowiedników i podobnie jak PO – zaakceptują globalny kapitalizm. Tyle że byłoby to wbrew interesom rodzimych przedsiębiorców.
Jest jeszcze jedno wyjście. Rozpad Unii Europejskiej i powrót do ochrony krajowych rynków. Wtedy można by poeksperymentować z leseferyzmem na swoim podwórku. Tylko czy o to właśnie chodzi liberałom?
Autor jest publicystą, w przeszłości był m.in. zastępcą redaktora naczelnego „Dziennika"