Tak naprawdę najdalszy przecież byłem od tego, żeby kwestionować rolę Wałęsy w czasach „Solidarności" i później, podważać mit i zasługi człowieka honorowanego przez cały świat. Ale jednocześnie czułem podwójny dyskomfort, bo... gdybyż to był tylko brak skromności lidera! Ważniejsze było, że przypisujący sobie prometejskie cechy Lechu przede wszystkim – czego do dziś pewnie nie jest świadom! – pomniejszał zasługi i obrażał pamięć dziesiątek tysięcy ludzi wszystkich pokoleń opozycji antykomunistycznej, bez których jego, Wałęsy, przywództwo nigdy by się nie zakończyło sukcesem.
„Pal sześć Wałęsę – powiadali po cichu dawni koledzy z opozycji, a później dziedzice sukcesu „Solidarności". – Wiesz, jaki jest. Szkoda gadać, ale przecież w niczyim interesie nie jest wywracanie jego pomnika. Jest i pozostanie symbolem polskiego sukcesu. Udanej walki. Wartością uniwersalną, a nawet... świętością". Kuliłem uszy. Myślałem sobie: mają rację. Ale, z drugiej strony, czemu mamy zapomnieć o zasługach tych, którzy byli przed Wałęsą? Braci Czumów, Niesiołowskiego, Mazowieckiego, Modzelewskiego, Kuronia, Michnika, Moczulskiego, Geremka, Macierewicza, Naimskiego, Romaszewskiego, Świtonia, Halla, Dzielskiego i całego legionu innych? Nieważne, skąd przychodzili, z jakiego środowiska i co ich pchnęło w stronę „ekstremy". Ludzi takich jak Chojecki, bez którego nie byłoby podziemnej poligrafii. Jak Borusewicz, bez którego nie byłoby wolnych związków zawodowych. Jak Wildstein i Sonik, bez których nie byłoby studenckiego buntu lat 70. Jak Turowicz i Kozłowski, bez których nie zdarzyłby się „Tygodnik Powszechny", elementarz Polski obywatelskiej. Jak Giedroyc, bez którego trudno wyobrazić sobie cokolwiek.
Proszę wybaczyć, że wymieniam tylko garść nazwisk; mam świadomość, jak ważni byli wszyscy inni, często bezimienni, bez których nie byłoby polskiego Sierpnia. Wszyscy byli jak ogniwa historycznego procesu, który miał otworzyć drzwi do wolności. To oni byli wyrzutem sumienia systemu. To oni tworzyli polityczny i moralny klimat, dzięki któremu robotniczy bunt z lata 1980 roku nie skończył się porażką.
Jest taki symboliczny obrazek z tamtego czasu, który zapadł mi głęboko w pamięć. Było to bodaj 22 sierpnia, kilka dni po rozpoczęciu strajku. Zdezelowanym brązowym polonezem podróżowali z Warszawy do Gdańska Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki. Wieźli z sobą apel 64 intelektualistów. Podpisany dwa dni wcześniej wzywał komisję rządową do wszczęcia rozmów z działającym w Stoczni Gdańskiej Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym. – To była wtedy sprawa najważniejsza! – mówił mi po latach Andrzej Celiński, ale mnie dużo bardziej frapuje, o czym obaj zatwardziali dysydenci rozmawiali w czasie wielogodzinnej podróży. Czy zastanawiali się nad siłą tego, kolejnego przecież w historii PRL, buntu? Bali się, czy nie jest aby prowokacją? Dyskutowali, czy i tym razem, jak dziesięć lat wcześniej, władza wyprowadzi na ulice czołgi? A właściwie nie czy, tylko kiedy? I czy z sowiecką pomocą? A może zastanawiali się, jak szeroką falą rozleje się ten strajk? Jak mocno zmieni Polskę?
Czy wyobrażali sobie już wtedy „Solidarność"? Myślę, że było to wówczas kompletnie poza zasięgiem ich wyobraźni. A przecież hasło „solidarność" funkcjonowało już wtedy wśród strajkujących, a ledwie dzień po ich przybyciu do stoczni ukazał się pierwszy numer „Strajkowego Biuletynu Informacyjnego »Solidarność«".