Kędzierski o samorządzie terytorialnym: Panie Profesorze, czy Pan nie widzi...

Czytając artykuł prof. Jerzego Regulskiego „Boże, ratuj samorząd przed „naprawiaczami"" aż chce mi się krzyknąć: „Panie Profesorze, czy Pan nie widzi!!!"... bo system samorządu terytorialnego w Polsce XXI w. jest zły i wymaga głębokich zmian - polemizuje adwokat Jacek Kędzierski.

Publikacja: 19.12.2014 16:37

Jacek KędzierskI

Jacek KędzierskI

Foto: materiały prasowe

Obserwując samorząd terytorialny skąd, tj. z miasta Łodzi przez minione 25 lat dochodzę do wniosku, że system wprowadzony w 1990r. do końca XXw. funkcjonował dobrze. Zepsuły go: „reforma" samorządowa AWS-u i zmiana wprowadzająca bezpośredni wybór burmistrzów, wójtów i prezydentów miast w 2005r. Obie wprowadziły rozwiązania obce polskiej tradycji samorządu terytorialnego a charakterystyczne dla „świata zachodniego". Ot, chociażby samorząd wojewódzki. W II RP znany był na Pomorzu i Wielkopolsce jako spadek po pruskim modelu administracji terytorialnej oraz na Górnym Śląsku, gdzie wprowadzono go z obawy przed negatywnym stanowiskiem nszych „aliantów" wobec przyłączenia do Polski tej „bogatej" krainy. Z podobnych względów miał być wprowadzony w województwach lwowskim, stanisławowskim i tarnopolskim, które to ziemi miały się cieszyć autonomią. Obawa przed decyzjami „aliantów" były uzasadniona, bo przecież to one wytyczyć zechciały „curzonową", wschodnią granicę państwa polskiego. Na przeważającej części II RP województwo z wojewodą było jednostką administracji rządowej...

Przechodząc do mniejszych obszarów znajdujemy kolejną jednostkę zarazem administracji rządowej, jak i samorządu terytorialnego, do powiatów, które istniały na terenie całego kraju. Rada powiatu jako jednostka stanowiąca istniała ale nie pochodziła z wyborów bezpośrednich; jej członków wybierały rady gmin. Powiatem zarządzał wydział powiatowy, zaś starosta był przedstawicielem rządu w terenie.

I tak dochodzimy do podstawowej jednostki samorządu II RP, tj. do gminy. Radę gminy wybierali obywatele mający prawo wybierania do Sejmu w wyborach przeprowadzanych na podstawie tych samych zasad... Prezydenta, burmistrza, wójta wybierała rada gminy i bezpośrednie wybory tych organów nie były potrzebne, podobnie jak w III RP do 2002r. bowiem bezpośrednie wybory tego organu gminy, to produkt raczej „anglosaski" niż polski.

Dobry system samorządu terytorialnego wprowadzony w Polsce w 1990r. stopniowo poddawany został „negatywnemu" ulepszaniu, jak nie trudno zauważyć, przez wprowadzanie obcych polskiej tradycji samorządu terytorialnego instytucji: sejmików wojewódzkich i bezpośredniego wyboru „władzy wykonawczej" w gminie. I te dwie zmiany zaprowadziły samorząd terytorialny w ślepą uliczkę.

Pan Profesor błędnie raczy twierdzić, jakoby podstawą samorządności jest zapewnienie obywatelom swobody decyzji w sprawach, które ich dotyczą. Otóż nie, podstawą samorządności i racją jest istnienia jest zapewnienie obywatelom wyboru organów władzy na terytorium, na którym mieszkają. Jej przeciwieństwem jest centralizacja i swego rodzaju „faszyzacja" kraju na tym poziomie, tj. powierzanie władzy w terenie wyłącznie wysłannikom władzy centralnej. Swoboda decyzji zagwarantowana obywatelom ma miejsce jedynie w chwili wyborów samorządowych... Później już nie ma racji bytu, a jeżeli istnieje, może przekształcić samorząd w „nierząd" i anarchię. Przykładem tego są np. pozbawione sensu „od palmy" inicjatywy zgłaszane przez pewne grupy w ramach tzw. „budżetu obywatelskiego", choć na ogół obywatele „mówią" władzy samorządowej co ona ma robić w ramach swoich ustawowych obowiązków. Niestety, ale nie wierzę w mądrość i odpowiedzialność obywateli w swojej „masie".

Co do władzy wykonawczej, to po pierwsze nie powinna ona pochodzić z bezpośrednich wyborów, a po drugie ilość kadencji powinna być ograniczona do dwóch. Bezpośrednie wybory mogą spowodować, że burmistrzem, prezydentem, wójtem może zostać ktoś przypadkowy, ot, jakiś „celebryta" znany mieszkańcom z mediów, natomiast nie mający programu dla miasta lub gminy. Problem ilości kadencji zresztą na ogół nie istnieje, gdy „organ wykonawczy" jest emanacją rady. Komizmu dodaje okoliczność, że dość często świeżo wybrany prezydent obwieszcza swojemu elektoratowi z radością, że zawarł koalicję... i będzie rządził miastem „koalicyjnie"... Dość często tym koalicjantem jest osoba dopiero co pokonana w wyborach... Gdyby to zdarzyło się w Anglii to taki „mayor" który zawarł z niedawnym przeciwnikiem koalicję odesłany by został do psychiatry...

Co ponadto dolega samorządowi wielkich miast np. mojej Łodzi? Otóż, Rada Miejska po ograniczeniu liczby radnych straciła swoje pierwotne znaczenie i obecnie radni są „paprotkami" towarzyszącymi prezydent miasta. 40 radnych na takie miasto jak Łódź to po prostu „pośmiech". Pierwsza ustawa samorządowa II RP sztywno określała liczbę rajców na 65 i podobną liczbę wymagała pierwsza ustawa samorządowa III RP. Ja twierdzę, że w mieście takim jak Łódź jeden radny powinien przypadać na 10 tys. mieszkańców... czyli powinno ich być 70. Słabości łódzkiego samorządu upatruję w zredukowaniu liczby radnych. Na domiar złego w Radzie zaczynają rej wodzić dwudziesto-, trzydziestolatkowie. Radny, jako „kontroler" władzy wykonawczej nie powinien być zatrudniony, ani tez pełnić jakiejkolwiek funkcji w podmiotach podległych władzy samorządowej.

Dodatkowo, chorobą łódzkiego samorządu jest nadmierna „centralizacja", która jest następstwem zniesienia rad dzielnicowych, a wprowadzone w zamian rady osiedli są instytucjami pozornymi... W mieście takim jak Łódź jednostki te powinny mieć znacznie większe znaczenie i dysponować stałym budżetem, pozwalającym na przeprowadzenie potrzebnej inwestycji np. wymalowanie wnętrza szkoły czy też naprawienie trotuaru... Niestety tak nie jest...

Prócz schorzeń strukturalnych samorządowi dolega „subfluenza" tj. gorączkowa pogoń za pozyskiwaniem unijnych subwencji... Możliwość pozyskania tych „środków unijnych" powoduje najczęściej, że miasto nie podejmuje inwestycji rzeczywiście potrzebnych ale tych, na które przypadkiem „środki" te można pozyskać. Nie trzeba dodawać, że aby je pozyskać trzeba sporo wyłożyć własnych. Inwestycje poczynione ze środków unijnych ma charakteryzować „innowacyjność", co powoduje, że ulica równa jak Nizina Mazowiecka po przeprowadzeniu takiej inwestycji wzbogaca się a to o zagłębienie, a to o pagórek...

Powiat, wbrew głosom krytycznym, uważam za potrzebny szczebel samorządu, aczkolwiek jego organ stanowiący nie musi pochodzić z bezpośrednich wyborów. Wystarczy, że zasiadać w nim będą delegaci gmin danego powiatu.

Województwo jako szczebel samorządu terytorialnego wkrótce, tj. po zakończeniu ostatniej unijnej perspektywy przyznającej Polsce subwencje, straci rację bytu. Samorząd wojewódzki, co już zaznaczyłem obcy polskiej tradycji, został utworzony wyłącznie na żądanie Unii Europejskiej, by miał kto dzielić „środki unijne". Kiedy ostatnią ich transzę już rozdzieli stanie się zbędnym ciałem i ewentualnie sejmik województwa zastąpić by mogła jakaś rada województwa złożona z delegatów powiatów, jako organ doradczy wojewody.

Obecny ustrój samorządu terytorialnego został zaprojektowany dla kraju będącego unijnym beneficjentem. Kiedy przestanie nim być jego ustrój wymagał będzie gruntownej przebudowy.

Jacek Kędzierski, adwokat z Łodzi

Opinie Prawne
Marek Isański: Organ praworządnego państwa czy(li) oszust?
Materiał Promocyjny
Wykup samochodu z leasingu – co warto wiedzieć?
Opinie Prawne
Marek Kobylański: Dziś cisza wyborcza jest fikcją
Opinie Prawne
Tomasz Pietryga: Reksio z sekcji tajnej. W sprawie Pegasusa sędziowie nie są ofiarami służb
Opinie Prawne
Robert Gwiazdowski: Ideowość obrońców konstytucji
Opinie Prawne
Jacek Czaja: Lustracja zwycięzcy konkursu na dyrektora KSSiP? Nieuzasadnione obawy