Od redakcji

Opinią prof. Tarasa Kuzia, przedstawiającą ukraińską perspektywę, zainaugurowaliśmy na naszych łamach dyskusję o polityce pamięci i ludobójstwie na Wołyniu – kwestiach mocno wpływających na obecne relacje polsko-ukraińskie. Na tezy przedstawione przez kijowskiego politologa jako pierwszy odpowiada Wojciech Konończuk, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich. Polemiki przyjmujemy pod adresem opinie@rp.pl

Argumentacja Tarasa Kuzia w tekście pt. „Ukraina, walcząca o przetrwanie, nie zamierza dłużej się zgadzać na polski szantaż” jest charakterystycznym przykładem podejścia strony ukraińskiej do sporów historycznych w naszych relacjach. Zarzucając Polakom jednostronność w patrzeniu na wspólną historię w jej najtragiczniejszym okresie, w istocie domaga się symetrii win tam, gdzie ich po prostu być nie może. W efekcie jego pełen uproszeń, półprawd i braku wiedzy artykuł przyczynia się do zafałszowania obrazu.

Reklama
Reklama

Zacznijmy od najważniejszego. Kuzio pisze, że „polscy politycy, historycy i komentatorzy domagają się, by Ukraińcy bezwarunkowo potępili OUN i UPA za zbrodnie na polskiej ludności”. Zarazem twierdzi, że te same głosy „milkną, gdy mowa o polskich formacjach nacjonalistycznych, które zabijały ukraińskich cywili”.

Czytaj więcej

Prof. Taras Kuzio: Ukraina, walcząca o przetrwanie, nie zamierza dłużej się zgadzać na polski szantaż

Rzeczywiście, Polska od lat bezskutecznie oczekuje, że strona ukraińska nazwie rzeczy po imieniu i potępi OUN i UPA za zaplanowane i z premedytacją dokonane zbrodnie na dziesiątkach tysięcy polskich cywili na Wołyniu i Galicji Wschodniej. Powiedzmy, że nigdy żaden prezydent Ukrainy takich słów nie wypowiedział. Wyrażali żal z powodu ofiar, ale nigdy nie nazwali sprawców.

Polska i Ukraina. Ciemne karty obu krajów

Jest to fragment większego problemu, jaki Ukraina ma z patrzeniem na ciemne karty swojej historii. Na poziomie oficjalnym trudne tematy są przemilczane lub próbuje się je symetryzować, pisząc choćby o „wojnie polsko-ukraińskiej 1943–1945”, w której obie strony miały popełnić porównywalne zbrodnie.

Widać to również na poziomie podejścia do historii relacji ukraińsko-żydowskich, w tym licznych zbrodni i pogromów popełnianych przez ukraińskich nacjonalistów na Żydach. W ukraińskim dyskursie publicznym, w tym akademickim, nie ma przyzwolenia na takie niewygodne tematy. Zaś prace zachodnich historyków są pomijane, ewentualnie dyskredytowane.

W Polsce jest inaczej. Wystarczy wejść do księgarni, aby zobaczyć, jak wiele jest książek polskich autorów o ciemnych stronach naszej historii. Dotyczą one zarówno relacji polsko-żydowskich, fatalnej polityki II RP wobec mniejszości narodowych, w tym ówczesnego prześladowania Ukraińców, oraz zbrodni polskiego podziemia na ukraińskiej ludności cywilnej.

To polscy historycy napisali książki o poszczególnych zbrodniach naszych organizacji nacjonalistycznych na ukraińskich cywilach, jak te w Wierzchowinach i Piskorowicach w 1945 r. – i to oni są najważniejszymi badaczami Akcji „Wisła”. Przez Polskę ćwierć wieku temu przeszła fundamentalna dyskusja o zbrodni w Jedwabnem, a prezydent RP stanowczo potępił burzenie w 1938 r. cerkwi na Chełmszczyźnie, mówiąc, że wówczas państwo polskie „zignorowało podstawowe prawa i wartości”. Ciemne tematy te są badane, dyskutowane i obecne w przestrzeni medialnej, zaś polskie instytucje państwowe wspierają finansowo uroczystości rocznicowe. W Polsce można dostać grant badawczy z funduszy publicznych na badanie np. pogromów antyżydowskich dokonanych przez Polaków.

Foto: PAP

Nie, nie znaczy to, że stronie polskiej nie można niczego zarzucić. Nie jesteśmy święci. Tak, te niektóre formacje nacjonalistyczne odpowiedzialne za zbrodnie są regionalnie honorowane (np. Zgrupowanie „Ognia” na Podhalu). Nie ma to jednak charakteru ogólnopaństwowego, a i skala ich win jest nieporównywalnie mniejsza niż UPA, na której rękach spoczywa krew dziesiątek tysięcy cywili. O tym wszystkim Taras Kuzio i inni Ukraińcy dowiadują się od polskich historyków i z polskich mediów, bo to one zarzucają niektórym polskim politykom heroizowanie tych, których heroizować nie wolno.

W poszukiwaniu krytycznej historii Ukrainy

Niczego podobnego po stronie ukraińskiej nie znajdziemy. W kwestiach czarnych kart historii tamtejszy dyskurs publiczny kroczy za narracją oficjalną. Ukraińcy lubią porównywać UPA do Armii Krajowej, choć pierwsza była formacją wojskową nacjonalistycznej i faszyzującej partii politycznej, odpowiedzialną za czystki etniczne, zaś druga reprezentacją demokratycznego rządu narodowego, nigdy nie wzywała ani nie przeprowadziła czystki etnicznej. Roman Szuchewycz, naczelny dowódca UPA, bezpośrednio odpowiedzialny za zbrodnię wołyńską, honorowany jest na poziomie państwowym – tylko od 2022 r. w 50 ukraińskich miejscowościach pojawiły się jego ulice.

Polscy intelektualiści nieustannie patrzą swojemu państwu na ręce, a gdy trzeba, wszczynają alarm. Ukraińscy intelektualiści wybierają w trudnych tematach milczenie albo bezpieczny paradygmat bliżej nieokreślonej „tragedii”. Tak jest nie tylko w przypadku Wołynia, ale również większości upamiętnień zbrodni na Żydach – upamiętniamy ofiary, ale pomijamy milczeniem sprawców.

Czytaj więcej

Estera Flieger: 50 twarzy Polski. Relacje polsko-ukraińskie są echem społecznych oczekiwań

Uzmysłowienie sobie, że mamy w Polsce i na Ukrainie zupełnie inne dyskursy publiczne, medialne i akademickie pozwoli lepiej zrozumieć problem z dwustronnym zrozumieniem i porozumieniem. Ukraina przyjęła paradygmat symetrii win, skutecznie narzucony przez środowisko nacjonalistów na szczeblu państwowym (także w podręcznikach szkolnych). Głosi on, że zbrodnia wołyńska była wprawdzie wielką tragedią i konfliktem społeczno-narodowościowym, w którym obie strony mordowały, ale przemilcza, że to UPA z premedytacją zaplanowała „antypolską akcję” w celu wymordowania polskiej ludności.

W istocie mamy do czynienia z próbą relatywizowania i narzucenia koncepcji, która zafałszowuje historię. W takiej sytuacji nawet tym bardzo nielicznym krytycznym ukraińskim badaczom trudno jest kwestionować oficjalną narrację. Wybierają więc bezpieczniejsze tematy. Zaś ci, którzy idą pod prąd, są marginalizowani, emigrują lub uznawani za „dyskredytujących Ukrainę”.

Symetryzowanie widać również w artykule Kuzia, który pisze o okresie 1943–1944 jako „przypadku wzajemnych czystek etnicznych, a nie jednokierunkowej zbrodni”. W jego argumentacji widać też szeroko rozpowszechnione na Ukrainie podejście, które sugeruje, że to represje II RP wobec mniejszości ukraińskiej doprowadziły potem do „wojny polsko-ukraińskiej” na Wołyniu. Polscy i zachodni badacze, w tym przywoływany przez Kuzia Timothy Snyder, tłumaczą, że odpowiedzialna za to była ukraińska ideologia nacjonalistyczna, która przygotowała czystkę etniczną.

Problem z liczbą ofiar

Kuzio powołuje się na wyniki projektu prowadzonego przez Ukraiński Uniwersytet Katolicki (UKU) we Lwowie, którego celem jest dokumentowanie ofiar – jak zostało to uwypuklone w jego nazwie – „konfrontacji polsko-ukraińskiej 1939–1947”. Na czele zespołu badawczego stoi Igor Hałagida, profesor Uniwersytetu Gdańskiego i działacz Związku Ukraińców w Polsce. Przez ostatnie lata zespół opublikował trzy tomy z wykazem ofiar ukraińskich we wspomnianym okresie.

Kuzio przywołuje te badania, pisząc, że ok. 30 tys. Ukraińców zostało zabitych przez Polaków. Problem w tym, że projekt UKU przyjął metodologię, która jako ofiary ukraińskie z rąk polskich przyjmuje te, które zginęły w wyniku działania m.in. oddziałów niemieckich i sowieckich, w których służyli etniczni Polacy. Polscy historycy krytycznie odnoszą się do podobnej metodologii, gdyż w istocie – niezależnie od intencji zespołu Hałagidy – zafałszowuje ona rzeczywistość.

Powiedzmy tylko, że zespół UKU potwierdził wcześniejsze szacunki badaczy polskich co do liczby ofiar ukraińskich z rąk polskich (ok. 15 tys., w tym 4–5 tys. zabitych na Wołyniu i w Galicji Wschodniej), ale zarazem podwoił tę liczbę poprzez doliczenie do polskiego „rachunku” ofiary choćby Istriebitelnych Batalionów NKWD, w których służyli Polacy, czy polskiej policji w służbie niemieckiej. Tymczasem tych dodatkowych kilkunastu tysięcy zabitych Ukraińców nie da się uznać za ofiary „konfrontacji polsko-ukraińskiej”.

Idąc śladem tej metodologii, jako „ofiary polskie z rąk ukraińskich” powinniśmy zaliczyć np. Polaków wywiezionych na Syberię z obecnej zachodniej Ukrainy w latach 1939–1941, skoro wywózek dokonywały oddziały NKWD z sowieckiej Ukrainy, w których służyli głównie etniczni Ukraińcy. A co z polskimi ofiarami ukraińskich batalionów schutzmannschaftów, które operowały na ziemiach obecnej Białorusi? Czy to również ofiary polsko-ukraińskiej konfrontacji? Przykłady można łatwo mnożyć.

Niestety publikacje zespołu pod kierownictwem Hałagidy zaczęły być dla strony ukraińskiej poręcznym argumentem dla uderzania w Polskę i dalszego symetryzowania. Widać to w tekście Kuzia, który w jednym zdaniu pisze o „30 tys. Ukraińców zabitych przez Polaków”, dodając, że „liczba ta wciąż rośnie”, przeciwstawiając ją z „porównywalnym, wciąż niekompletnym bilansem polskim, szacowanym na 50–70 tys. ofiar”. Jak wiadomo, polscy historycy mówią o 80–100 tys. Polaków zabitych tylko na Wołyniu i Galicji Wschodniej w latach 1943–1945.

Czytaj więcej

Tomasz Terlikowski: Putin wprowadza nową strategię. Dociska Kijów, Europę i Polskę

W swoim tekście Kuzio popełnia inne błędy merytoryczne. Brygada Świętokrzyska nie walczyła z partyzantką ukraińską, bo operowała na Kielecczyźnie, gdzie natomiast wchodziła w walkę z ukraińskim batalionem schutzmannschaftu w służbie niemieckiej (przy okazji można zapytać, co robił on na Kielecczyźnie). Kuzio wzywa do „kontekstowego niuansu”, ale pisząc o Stepanie Banderze, pomija, że zanim trafił on do Sachsenhausen we wrześniu 1941 r., był niemieckim kolaborantem. Zaś w Akcie odnowienia Państwa Ukraińskiego z 30 czerwca 1941 r. znalazły się słowa, że będzie ono „ściśle współdziałać z narodowosocjalistycznymi Wielkimi Niemcami, które pod przywództwem Adolfa Hitlera tworzą nowy porządek w Europie”. Bandera został zresztą uwolniony we wrześniu 1944 r. i do końca wojny kolaborował z III Rzeszą. Są to fakty, które strona ukraińska woli pomijać.

Zdumiewające rekomendacje Tarasa Kuzia dla ukraińskich instytucji rządowych

Zdumienie wywołuje fragment tekstu Kuzia zatytułowany „rekomendacje dla ukraińskich instytucji rządowych”. Sprawia on wrażenie, jakby autor zapomniał „wyciąć” go przed wysłaniem do „Rzeczpospolitej”. Potwierdza on, że strona ukraińska uznaje, że ma problem, gdyż nie ma żadnego poważnego historyka na Zachodzie, którego ustalenia w temacie relacji polsko-ukraińskich podczas II wojny światowej odbiegałyby od tego, co piszą dzisiaj polscy historycy. Obserwujemy w efekcie ukraińską kampanię, która miałaby przekonywać obserwatorów zewnętrznych, że to Ukraina rzekomo ma rację w sporze z Polską.

Ukraina – wbrew słowom Kuzia – nie musi „domagać się prawa do przeprowadzenia w Polsce ekshumacji ukraińskich ofiar”, gdyż nikt tego nigdy nie zakazywał. W naszym kraju zgoda miała i ma charakter wyłącznie administracyjny. Inaczej niż na Ukrainie, gdzie obowiązywał siedmioletni zakaz wszystkich polskich poszukiwań i ekshumacji, również tych odnoszących się do ofiar innych niż zbrodni wołyńskiej. Był to fatalny błąd Ukrainy, który przyczynił się do kryzysu w relacjach wzajemnych.

Zasięg rosyjskiej okupacji Ukrainy

Zasięg rosyjskiej okupacji Ukrainy

Foto: PAP

Wezwanie Kuzia do „międzynarodowego ujęcia porównawczego” jest zaś o tyle spóźnione, że od wielu lat takie badania są prowadzone. Dotyczą choćby porównania czystki etnicznej UPA na Polakach do innych europejskich zbrodni wobec ludności cywilnej, np. chorwackich ustaszy na ludności serbskiej. Warto również komparatystycznie badać polskie akcje odwetowe, w efekcie których cierpiała często niewinna ukraińska ludność cywilna, i porównywać je z innymi konfliktami zbrojnymi, gdy zaatakowana strona uderza w ludność cywilną strony przeciwnej, mając nadzieję, że agresor się opamięta. Akcjami odwetowymi było np. bombardowanie przez aliantów niemieckich miast, które doprowadziły do śmierci setki tysięcy niemieckich cywili.

Rzetelna historia to nie „kapitulacja”

Kuzio pisze, co dobrze oddaje poglądy w Kijowie, że Polacy jakoby chcą wykorzystać swój „sojusz [z Ukrainą] jako dźwignię nacisku służącą wymuszaniu historycznych ustępstw”. Dla precyzji powiedzmy, że Polska i Ukraina nie są sojusznikami, ale partnerami. Od strony ukraińskiej oczekujemy nie ustępstw, ale nazwania zbrodni zbrodnią, nieusprawiedliwiania i niesymetryzowania zbrodni.

Nikt zresztą nie jest w stanie nikogo do niczego zmusić. Wielu polskich prezydentów słusznie apelowało o „trwałe pojednanie”, przekonując, że „można je zbudować tylko w oparciu o prawdę”. Pozostaje to niezmienne. Nie osiągniemy żadnego porozumienia, dopóki hołdowanie rzetelnej historii będzie nazywane – jak to ujmuje Kuzio – „kapitulacją”, a spór historyczny będzie rozpatrywany jako gra o sumie zerowej.

Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji

Autor

Wojciech Konończuk

(ur. 1980) Politolog, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia. Wcześniej m.in. zastępca dyrektora, kierownik Zespołu Białorusi, Ukrainy i Mołdawii oraz analityk ds. polityki energetycznej i zagranicznej Rosji w Zespole Rosyjskim OSW. Autor m.in. książek „Sztuka przetrwania. Deportacje sowieckie z powiatu bielskiego 1940–1941” i „Zagrożone dziedzictwo. Polskie dobra kultury na Ukrainie i Białorusi”