Od blisko miesiąca w Polsce z dużą intensywnością trwa kampania wyborcza przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi. Jej wynik rozstrzygnie być może o losach kraju na kolejne dekady. Tym bardziej liczy się to, by media przedstawiały opinii publicznej tło, kulisy, kuluary, analizę sytuacji i przewidywania na przyszłość. Z dystansem, rzetelnie i bezstronnie.

Opinia publiczna jak nigdy potrzebuje takiego podejścia. W warunkach gigantycznego szumu informacyjnego rola dziennikarza jako bezstronnego i rzetelnego selekcjonera informacji, osoby wyjaśniającej złożoną rzeczywistość, a nie oceniającej ją rośnie. Precedens już zresztą był. W 2019 roku część opinii publicznej oraz mediów była zaskoczona tak znaczącym zwycięstwem PiS w wyborach do PE, które utorowało partii rządzącej drogę do zwycięstwa w drugiej kadencji. Takie zaskoczenie – ze względu na stawkę i skalę tej kampanii – nie może się powtórzyć. A ostatnie lata to nie tylko coraz większe podziały w środowisku dziennikarskim, ale również inflacja opinii, oceny i moralnego oburzenia. Z obydwu stron.

Media nie będą wiarygodne, jeśli opinia publiczna będzie miała przekonanie, że dziennikarze, zamiast opisywać rzeczywistość narzucają własne opinie

Opozycja bez mrugnięcia okiem, w komentarzach i tweetach uznawana jest za zdrajców Polski. A koalicja rządząca jest niemal codzienne określana jako naśladowcy Putina i Hitlera. To prowadzi absolutnie do niczego, a opinię publiczną do poczucia zagubienia w chaosie tworzonym przez tożsamościowe bańki. Dlatego tak ważne jest, by ściśle rozgraniczyć role. Moralne oburzenie to domena autorytetów, przywódców religijnych, polityków czy ewentualnie tożsamościowych publicystów.

Dziennikarze muszą zachować zimną krew. Nawet jeśli mają prywatne opinie na temat jednej czy drugiej narracji, jednego czy drugiego ruchu politycznego, to uczciwość wobec opinii publicznej wymaga, by ta opinia nie wpływała na opis sytuacji, weryfikację faktów, analizę ich skuteczności – oczywiście w ramach demokracji i prawa. Edward R. Murrow, jeden z najwybitniejszych dziennikarzy amerykańskich, zauważył kiedyś: „Aby być przekonywującym, trzeba być wiarygodnym, by być wiarygodnym, trzeba być zgodnym z prawdą”.

Media nie będą wiarygodne, jeśli opinia publiczna będzie miała przekonanie, że dziennikarze, zamiast opisywać rzeczywistość – nawet jeśli jest mało estetyczna – narzucają własne opinie na to, co się naprawdę dzieje. Bez tego wynik wyborów w 2023 roku może być równie wielkim zaskoczeniem jak w 2019 roku. A to jeszcze bardziej podmyje zaufanie opinii publicznej do czwartej władzy. Dla całej debaty publicznej byłoby lepiej, gdyby było w niej mniej oburzenia, a więcej analizy i starcia na argumenty oparte na rzeczywistości, na danych.

Wzajemne oburzania się gwarantuje tylko jedno: politycy będą mieli jeszcze więcej pola do działania, skoro media będą zajęte tylko oburzeniem się albo samym sobą. Niezależnie od tego, czy to debata w studiu telewizyjnym czy na Twitterze, jej powrót do ram opisywanych przez Murrowa i innych wybitnych dziennikarzy XX wieku jest teraz szczególnie ważny. Bo pewne rzeczy się nie zmieniają.