Wieczorem 30 stycznia zmarł w Gorzowie ksiądz prałat Witold Andrzejewski, proboszcz parafii pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Był on człowiekiem instytucją: charyzmatycznym duszpasterzem akademickim, kapelanem „Solidarności", organizatorem pomocy dla więźniów politycznych w stanie wojennym.
Lgnęła do niego niepokorna młodzież
Urodził się w 1940 roku w Kownie. W tym samym roku w Katyniu został zamordowany przez Sowietów jego ojciec. Przez całe życie Witold był wierny jego pamięci i nigdy nie zapomniał, że ojciec został zgładzony za wierność niepodległej Polsce. W takich rodzinach jak jego było oczywistością, że powojenna Polska nie jest niepodległym państwem, a także to, że komunizm jest nieludzkim systemem. Do pogłębienia patriotycznej i religijnej formacji młodego Witka przyczyniło się uczestnictwo w łódzkim duszpasterstwie akademickim, prowadzonym przez jezuitę księdza Huberta Czumę.
Witold Andrzejewski skończył studia aktorskie. Przez sześć lat pracował w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Gorzowie. Wtedy usłyszał głos Boga wzywający go do kapłaństwa. Jak wielokrotnie mówił, przez pewien czas wadził się z Panem Bogiem, zanim postanowił wstąpić do seminarium. W 1972 roku otrzymał świecenia kapłańskie.
Już po kilku latach stał się jednym z najbardziej znanych duszpasterzy akademickich w Polsce. Był świetnym rekolekcjonistą i utalentowanym prelegentem. Lgnęła do niego młodzież, także niepokorna, buntująca się przeciwko systemowi. Czym przyciągał do siebie ludzi? Autentyczną i głęboką pobożnością, żarliwym patriotyzmem, wielką kulturą humanistyczną, politycznym nonkonformizmem, poczuciem humoru, umiejętnością budowania wspólnoty oraz więzi między ludźmi i wiernością w przyjaźni. Dla wielu młodych ludzi stał się duchowym przewodnikiem i oparciem w podejmowaniu życiowych wyborów. Już po jego śmierci od jednej z jego wychowanek usłyszałem świadectwo: „Dla wielu z nas był jak ojciec".
Duszpasterstwa akademickie, prowadzone przez takich księży jak Witek Andrzejewski, dominikanie Ludwik Wiśniewski, Tomasz Pawłowski i Jan Andrzej Kłoczowski czy jezuita Hubert Czuma, w ponurych, konformistycznych czasach PRL stwarzały przestrzeń wolności.