Jakieś dwa paszporty temu byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, jak szybko i sprawnie poszło uzyskanie nowej książeczki z orłem w koronie. Zero kolejek, ultrauprzejmy urzędnik, a nowy paszport był gotowy w niespełna tydzień, zamiast ustawowych 30 dni. Dzisiaj to standard, ale ponad 20 lat temu dla mnie, osobnika wychowanego w mitrędze PRL-u, była to kosmiczna poprawa. Dziś jeszcze łatwiej można załatwić wiele innych spraw, choćby zarejestrować online działalność gospodarczą.

Czytaj więcej

Upały uderzyły w kina. Cinema City odwołuje część seansów

Tym większą irytację wywołują zmiany, które psują coś, co działa dobrze. Parę miesięcy temu jedna z takich „reform” dopadła obywateli, którzy sumiennie segregują śmieci i wrzucają plastik do żółtego, a papier do niebieskiego pojemnika. Okazało się, że pozbycie się zużytych ubrań wymagać będzie wizyty w PSZOK-u, czyli Punkcie Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych. Łatwo tu zwalić winę na UE, ale to samorządowcy przespali zmianę zasad i ogarnęli się dopiero niedawno, prowadząc mobilną zbiórkę starych skarpet i spodni.

Strajk włoski w PSZOK-u

Gorzej jednak, gdy ktoś ma sporą piwnicę i w ramach akcji Wielkich Porządków musi dotrzeć do PSZOK-a z całą masą starych rzeczy: dywanem, jakąś szafką, olejem silnikowym, farbami i starą glazurą. Niedawno spotkała mnie taka – jak się okazało – wątpliwa przyjemność.

Furda 15 km dojazdu, na miejscu okazało się, że PSZOK zmienił adres i firmę prowadzącą, a co gorsza, zasady działania. Zamiast sprawnego ważenia auta przed i po wizycie, żmudne ważenie każdego rodzaju śmieci oddzielnie. Worek po worku. Efekt: kolejka aut na ulicy na półtorej godziny czekania, zamiast góra 5-10 minut jak poprzednio. Ktoś, kto wymyślił to wzorowane na strajku włoskim „usprawnienie”, ewidentnie jest miłośnikiem powrotu śmieci do polskich lasów.

Limity, ograniczenia, restrykcje

Podrażniony tą zmianą na gorsze przyjrzałem się innym „zasadom” rządzącym stołecznymi PSZOK-ami: broń Boże nie przyjeżdżaj tam dostawczakiem, bo nie wpuszczą. Tylko osobówka, solo lub z przyczepką. Nie masz haka? Twoja strata. A i tak z remontu nie przyjmą więcej niż 200 kg gruzu (to tyle co 2,5 metra bieżącego ceglanej ścianki wysokiej na 30 cm) czy 150 kg mebli (stary dębowy kredens pewnie się nie załapie). Stare opony? Limit cztery sztuki, ale na felgach nie przyjmą. Ściągaj zębami, albo wracaj do domu, płać u wulkanizatora.

Okazuje się, że – jak w polityce – bywają PSZOK-i liberalne, jak ten w Przeworsku, który przyjmie 12 sztuk opon rocznie na… nieruchomość (ciekawe jak to sprawdzą, piszą pamiętniki?). Są też bardziej restrykcyjne, np. w podstołecznych Piasecznie czy Prażmowie mogą zażądać dowodu opłaty za śmieci.

Walka z kosztami

Wszystkich jednak przebili samorządowcy z gminy Skrzyszów (woj. małopolskie), którzy wydają opatrzone kodem QR wielorazowe, imienne legitymacje-przepustki do PSZOK-a w Pogórskiej Woli, przy wjeździe do którego należy dodatkowo okazać dowód tożsamości. Jeszcze chwila, a usłyszymy, że któryś wójt czy burmistrz wprowadził wizy do PSZOK-a wbijane do paszportu. Duch PRL wiecznie żywy. I wcale nie jest to – jak chcieliby nacjonalistyczni gieroje – wina tej przeregulowanej, okrutnej Unii Europejskiej, ale radosna twórczość polskich włodarzy.

Rozumiem, że gros tych restrykcji i barier ma na celu obniżenie kosztów prowadzenia PSZOK-ów i przepłoszenie działających w szarej strefie ekip remontowych oraz mieszkańców sąsiednich gmin, którzy chcieliby swoimi śmieciami pokalać nasze. Przy okazji umyka jednak jeden z celów tej zbiórki, jakim jest m.in. ochrona lasów. Bo gdy system staje się zbyt restrykcyjny i skomplikowany, rośnie ryzyko, że śmieci do lasów powrócą.