Ostatnie kwartały w globalnej gospodarce upływały pod znakiem dużej zmienności – geopolityka, napięcia w handlu międzynarodowym, zwroty w polityce gospodarczej Stanów Zjednoczonych. Mimo to w gospodarkach rozwiniętych bieżące wskaźniki inflacji wyraźnie się obniżyły, banki centralne zaczęły stopniowo łagodzić politykę pieniężną, a wzrost gospodarczy utrzymał dodatnią dynamikę. W Polsce pozostaje on jednym z najwyższych w Europie. To ważny punkt wyjścia, bo pokazuje, że gospodarka globalna – a w szczególności europejska – jest bardziej odporna, niż często sugeruje bieżąca narracja.
Niepewność inna niż poprzednie
Dziś ten obraz zaczyna się jednak komplikować. Konflikt na Bliskim Wschodzie ponownie kieruje uwagę na ryzyko zakłóceń podażowych, wzrost cen ropy i gazu oraz obawy o kolejną falę presji inflacyjnej. Na pierwszy rzut oka może to przypominać 2022 r., ale w istocie mamy do czynienia z sytuacją o odmiennym charakterze.
W latach 2021-2022 inflacja rosła przede wszystkim w środowisku bardzo silnego popytu. Gospodarki wychodziły z pandemii przy szerokim, często nadmiernym impulsie fiskalnym, który utrzymywał wysoką dynamikę konsumpcji mimo ustępujących ograniczeń. Szok energetyczny po agresji Rosji na Ukrainę tylko nałożył się na ten proces i dodatkowo go wzmocnił. Co istotne, inflacja zaczęła narastać wiele miesięcy przed wybuchem wojny – w Polsce już wcześniej przekraczała poziomy, które trudno było uznać za przejściowe.
Błąd banków centralnych polegał więc nie tylko na uznaniu inflacji za zjawisko przejściowe, ale także na niedoszacowaniu jej skali i trwałości. Gdy rzeczywistość okazała się inna, konieczne było szybkie i głębokie zacieśnienie polityki pieniężnej, które – z opóźnieniem – znalazło odzwierciedlenie w niższej aktywności gospodarczej.
Obecna sytuacja startowa jest wyraźnie inna. Inflacja wyraźnie się obniżyła, presja popytowa jest ograniczona, a gospodarki – szczególnie w Europie – dopiero odbudowują dynamikę po wcześniejszym szoku energetycznym. Oznacza to, że obecny impuls ma niemal czysto podażowy charakter i pojawia się w znacznie bardziej wymagającym momencie cyklu.
Wzrost cen paliw podnosi inflację, ale jednocześnie działa w kierunku ograniczenia aktywności gospodarczej – poprzez spadek realnych dochodów, presję na marże oraz większą niepewność inwestycyjną. W praktyce oznacza to, że ten sam szok jednocześnie podbija ceny i osłabia wzrost, co zasadniczo zmienia warunki prowadzenia polityki pieniężnej. Jej wpływ na inflację pozostaje pośredni i rozłożony w czasie, natomiast wpływ na gospodarkę realną – szybki i bezpośredni, przez co decyzje banków centralnych mogą szybciej przełożyć się na tempo wzrostu niż na samą ścieżkę cen.
Zwłoka vs pośpiech
To właśnie tutaj koncentruje się dziś główne ryzyko. Po doświadczeniach poprzedniego cyklu banki centralne są bardziej wyczulone na inflację i skłonne reagować szybciej. Problem w tym, że obecny impuls ma inny charakter – jest podażowy, zmienny i silnie zależny od wydarzeń geopolitycznych. W takich warunkach zbyt szybka reakcja może okazać się błędem, a nie dowodem wiarygodności.
Dlatego ten rok będzie testem nie tyle tempa reakcji, co jakości analizy oraz zdolności zachowania dyscypliny decyzyjnej w warunkach podwyższonej niepewności – zdolności właściwej interpretacji danych i odróżnienia trwałej presji inflacyjnej od przejściowego szoku kosztowego. Stawką nie jest już tylko ścieżka inflacji, ale utrzymanie ożywienia gospodarczego, które – szczególnie w Europie – dopiero się materializuje po trudniejszym okresie.
W poprzednim cyklu kosztowna okazała się zwłoka. W tym cyklu kosztowny może okazać się pośpiech.