Ogłoszenie przez ministra Mariusza Błaszczaka startu drugiej fazy programu Wisła, czyli zakupu Patriotów dla Polski, to niewątpliwie dobra wiadomość. Wojna w Ukrainie pokazała przecież, jak fundamentalne znaczenie ma obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa. Można nawet zakładać, że gdyby nasi wschodni sąsiedzi mieli naprawdę nowoczesny system takiej obrony, ukraińskie siły zbrojne radziłyby sobie jeszcze skuteczniej z powstrzymywaniem wojsk agresora.

W tej dobrej dla Polski wiadomości jest jednak nutka goryczy. Od podpisania umowy na pierwszą fazę Wisły minęło już parę dobrych lat. Tamto porozumienie przewidywało dostawę zaledwie dwóch baterii, czyli dawkę bardzo niewielką, jak to określali komentatorzy: homeopatyczną. Taka broń ochroniłaby tylko małe, wybrane cele w Polsce. Większe obszary pozostałyby dalej bezbronne, gdyż nowoczesnego systemu obrony przeciwlotniczej nie posiadamy.

Czytaj więcej

Polska zamawia kolejne baterie Patriot

Umowę podpisano i na cztery lata zaległa cisza, przerywana od czasu do czasu pytaniami dziennikarzy o Wisłę i bardzo ogólnikowymi deklaracjami ze strony MON. Trzeba było sytuacji skrajnej, wybuchu wojny, aby sprawy ruszyły do przodu. Z tych czterech lat odejmijmy nawet połowę na negocjacje i formalności. Tak czy inaczej zmarnowano więc mnóstwo czasu. To nie powinno tak działać. Przecież im szybciej będzie działał MON, tym szybciej my wszyscy będziemy bardziej bezpieczni.

Czytaj więcej

Ukraińcy modyfikują byłe polskie czołgi

Pozostaje pytanie, co dalej. Polska bardzo potrzebuje także Narwi, czyli systemu obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu. Epopeja z zakupem i produkcją Narwi wydaje się dłuższa od Wisły, wbrew geografii. Dopiero w ostatnich miesiącach przybrała kształt bardziej konkretnych decyzji. Ale od tych decyzji do uruchomienia systemu – w którego budowie ma odegrać istotną rolę polski przemysł obronny – jeszcze bardzo daleka droga. Ważne, żeby i w przypadku Narwi nie marnować czasu. Od 24 lutego zegar dla obronności tyka dużo szybciej.