Może nie jest znokautowany, ale na pewno liczony. Niby jakoś stoi, ale gołym okiem widać, że chwieje się na nogach. Sędzia bacznie mu się przygląda, trener szepce coś nerwowo do ucha, kibice zamarli i patrzą, co będzie dalej.
Frank szwajcarski poszedł do narożnika i przesyła całusy swoim fanom. Znowu dotarł do poziomu wyraźnie powyżej 4 złotych, takiej przewagi nie miał od początku roku 2015.
Przy drugim narożniku odpoczywa sobie dolar. Też zbliża się do poziomu 4 złotych, jak dziesięć lat temu. Trenerzy go wachlują, on uśmiecha się pod nosem na wspomnienie czasów, kiedy wieszczono już koniec jego dominacji.
W trzecim narożniku siedzi spokojnie euro. Na razie jeszcze brakuje mu nieco do rekordów sprzed 7 lat – ale niektórzy już zaczynają bąkać o poziomie 5 złotych, o który wtedy euro się ocierało. Więc rozgląda się euro dokoła i wręcz emanuje siłą spokoju...
Jak to? Niecny spisek przeciwko Polsce? Trzech na jednego? Nie, nie, to nie tak. Złoty wcale nie walczy naraz z trzema przeciwnikami. Żadna z tych potężnych walut w ogóle nie uważa złotego za rywala i nie chce mu w najmniejszym stopniu zaszkodzić. Jeśli złoty słania się na nogach, to z powodu ciosów, które spadają na niego w sposób całkowicie niezamierzony – i z powodu własnej słabości.