Zresztą nie wszyscy mają w ogóle takie ambicje. Większość mikroprzedsiębiorców jest nastawiona na przeżycie, a nie na rozwój. Na mapie polskiej przedsiębiorczości dominują handlowcy, budowlańcy i tzw. profesjonaliści. Mamy więc całe mnóstwo sklepików i saloników oraz wszelkiej maści specjalistów oferujących usługi jako jednoosobowe firmy. Wiele z nich żyje z dnia na dzień i wcale nie myśli o tym, by rosnąć w siłę i któregoś dnia stać się np. rozpoznawalną marką, chociażby na swoim lokalnym rynku.
Takie postawy nie są charakterystyczne tylko dla mikrobiznesu w Polsce, bo wszędzie mamy budki z kebabem i niezrzeszone zakłady fryzjerskie. Ale zastanawiający może być wysoki na tle krajów UE odsetek firm, które powstały z konieczności (versus firmy, które założono w wyniku dostrzeżonej szansy). Jak pokazują badania Global Entrepreneurship Monitor, w Polsce ok. 36 proc. osób zostaje przedsiębiorcami z powodu braku innej alternatywy na znalezienie zatrudnienia, średnia dla UE to 22 proc.
Oczywiście część przedsiębiorców ma ogromne ambicje, są zorientowani na rozwój, zdobywanie kolejnych klientów i podbijanie dalekich rynków. Dowodem są firmy, które w naszej krótkiej przecież historii przedsiębiorczości przeszły przysłowiową drogę od pucybuta do milionera. I takie spółki trzeba wspierać w ich staraniach. Przede wszystkim usuwając bariery biurokratyczne i obciążenia administracyjne, ułatwiając dostęp do zewnętrznego finansowania, ale może nawet zdejmując z nowych firm część danin publicznych.
Problem w tym, że obecny rząd nie jest pierwszym, który chce wspierać firmy w ich rozwoju, poprzednicy też dostrzegali tę konieczność. Dotychczas kończyło się raczej na deklaracjach. Oby tym razem było inaczej.