Czytaj także:

Przed rokiem byliśmy w raczej kiepskich nastrojach. Wzrost PKB był rachityczny i pod koniec roku sięgnął ledwie 2,8 proc. Biznes narzekał na niezbyt przyjazne działania rządu. Inwestycje – zarówno publiczne, jak i prywatne – załamały się. Tylko konsumpcja, napędzana olbrzymimi transferami socjalnymi, utrzymywała gospodarkę na powierzchni. Do tego dochodził rekordowy wzrost zadłużenia i budzące grozę wydarzenia międzynarodowe, np. brexit czy zwycięstwo w wyborach Donalda Trumpa.

Nic dziwnego, że ekonomiści byli ostrożni. Równo rok temu w ankiecie „Rzeczpospolitej" obstawiali przeciętnie 3,3 proc. wzrostu PKB w tym roku i 3 proc. PKB deficytu finansów publicznych – na granicy dozwolonego w UE. Kilku znanych ekonomistów, np. prof. Stanisław Gomułka czy prof. Mirosław Gronicki, których zdanie podzielałem, obawiało się, że gospodarka może być w znacznie gorszej kondycji. Pesymistyczne były też oceny ankietowanych, jeśli chodzi o kurs walutowy – na koniec tego roku dolar miał być po 4 zł, a euro po 4,3 zł. A tu niespodzianka. Złoty, choć wciąż słaby, jest dużo mocniejszy niż przed rokiem – dolar kosztuje 3,55 zł, a euro – 4,20 zł. Końcówka roku przyniosła też silne przyspieszenie wzrostu PKB, który otarł się już o 5 proc., budżet jeszcze w październiku wykazywał nadwyżkę, a dług w praktyce przestał rosnąć.

Co się nagle stało? Czy to słynny plan Morawieckiego zaczął w końcu działać? A może w PiS odkryli kamień filozoficzny gospodarki? Niestety, nie. Główne przyczyny są dwie i obie wiążą się z będącą na cenzurowanym w partii rządzącej Unią Europejską. Z jednej strony zaczęła się w niej największa od dekady koniunktura, co przeniosło się na Polskę, która eksportuje do krajów UE prawie 80 proc. towarów i zyskała na szybko rosnącym popycie. Z drugiej zaś zaczęły w końcu napływać pieniądze z nowej unijnej perspektywy, pobudzając inwestycje publiczne.

W efekcie ekonomiści znów się pomylili. W dzisiejszych niepewnych czasach, pełnych politycznych zwrotów akcji i pompowania pustego pieniądza, trudno cokolwiek przewidywać. Niektórzy ekonomiści szukają nawet alternatywy w metodach prognozowania, które budzą uśmiech, ale, o dziwo, często się sprawdzają. Już w latach 20. XX w. amerykański ekonomista George Taylor odkrył, że im gorsza staje się sytuacja w gospodarce, tym dłuższe spódnice noszą kobiety. Leonard Lauder, prezes koncernu kosmetycznego Estée Lauder, ukuł termin „wyprzedzający wskaźnik szminki". Gdy kobiety obawiają się przyszłości, zaczynają kupować więcej szminek jako namiastki luksusu. Amerykanie obserwują też powodzenie zupy pomidorowej w puszce firmy Campbell i... modelki „Playboya". Zauważyli bowiem, że gdy nadchodzi gorsza koniunktura, panie na okładce i rozkładówkach stają się pulchniejsze i starsze.

Zamiast jednak nerwowo obserwować okładki „Playboya" oraz na prawo i lewo rozdawać pieniądze, lepiej zawsze być gotowym na lata chude. Mogą przyjść niespodziewanie. Drzewa nie rosną do nieba.