Lato spędził pan na wielkich festiwalach w Europie. To kwestia hobby, czy podglądania konkurencji? Szukał pan inspiracji dla Centralnego Placu Muzyki?

Jedno i drugie. Wielkie europejskie festiwale muzyczne fascynowały mnie od dawna, a kiedy zacząłem pracę w Operze Śląskiej, ta fascynacja jeszcze się pogłębiła. Przez lata jeździłem na nie przede wszystkim jako meloman. Po pierwszej edycji Centralnego Placu Muzyki patrzyłem już z zupełnie innej perspektywy. Także by podejrzeć, jak działa cała festiwalowa machina. To była forma ewaluacji naszego festiwalu: chciałem zobaczyć, co zrobiliśmy dobrze, czego nam brakuje i jak radzą sobie najlepsi. Rozmawiałem też z organizatorami, na przykład w Weronie z Franceskiem Ommassinim, sekretarzem artystycznym Fondazione Arena di Verona. Organizując Centralny Plac Muzyki zdałem sobie sprawę, że choć jestem menedżerem kultury, który wiele wydarzeń organizował i wyprodukował wiele premier, to skala naszego festiwalu pokazuje, jak wiele musimy się jeszcze nauczyć. 

Reklama
Reklama

Teatr Studio, którym pan kieruje, od dziesięciu lat organizował latem wydarzenia na placu Defilad. Dlaczego dopiero teraz udało się stworzyć z tego festiwal Centralny Plac Muzyki?

Centralny Plac Muzyki wyrósł z marzenia, żeby w sercu Warszawy, pod głównym wejściem do Pałacu Kultury, zrobić duży festiwal muzyczny. Na szczęście przez lata prowadziliśmy projekt kulturalno-społeczny Plac Defilad. Mieliśmy też doświadczenie współpracy z dużymi instytucjami, choćby przy megawidowisku „Madame Butterfly” w 2019 r. pracowaliśmy z Sinfonią Varsovią i Chórem Filharmonii Narodowej. Pomyślałem więc, że skoro umiemy działać razem, dlaczego nie zrobić tego naprawdę na dużą skalę?

Sonya Yoncheva jako Tosca, Centralny Plac MuzykiNie bać sie hałasu w centrum miasta

Sonya Yoncheva, Centralny Plac Muzyki

Sonya Yoncheva jako Tosca, Centralny Plac MuzykiNie bać sie hałasu w centrum miasta

Foto: Przemysław Jendroska

Nie bać się hałasu w centrum miasta

Czego nam brakuje? Oprócz pieniędzy oczywiście.

Pieniądze to oczywistość, ale największym wyzwaniem była sama przestrzeń. Wiele renomowanych festiwali działa w miejscach, które od lat są do tego przygotowane, mają stałe sceny, zaplecze, wypracowaną logistykę. My na pierwszy Centralny Plac Muzyki musieliśmy zbudować od zera cały organizm: tymczasową scenę, widownię, zaplecze techniczne i artystyczne. I robiliśmy to na Placu Centralnym, który dopiero co przeszedł ogromną metamorfozę. Jest dziś piękniejszy, bardziej zielony i przyjazny mieszkańcom, ale stawia przed nami konkretne wyzwania. Musimy wiedzieć, jak pracować z dźwiękiem w samym centrum miasta, jak organizować ruch publiczności, jak funkcjonować między drzewami, ulicami i miejskim hałasem. Pierwsza edycja była więc ogromną lekcją.

Ale może trzeba uczyć się w biegu, Nikt nie jest w stanie wszystkiego przewidzieć.

Wiele spraw przewidzieliśmy, ale dużo nas zaskoczyło. Dzięki temu wiemy, jak planować drugą edycję i mam nadzieję, że będzie łatwiej. Mówię o organizatorach, ale też o tym, że będziemy mogli podnieść jakość warunków dla artystów i widzów.

Dla mnie szaleństwem było coś, co w Warszawie nigdy się nie udało. Namówiliście na wspólne przedsięwzięcie 11 stołecznych instytucji, między którymi relacje nie zawsze były najlepsze.

Do tej pory trochę mnie zaskakuje, że to się udało. Miałem pomysł i uznałem, że najgorszy byłby grzech zaniechania, więc ruszyłem z pielgrzymką po dyrektorach i dyrektorkach instytucji muzycznych bez większej pewności, jak zostanie przyjęta moja propozycja. Gwarantowaliśmy logistykę, promocję i wspólną przestrzeń, ale prosiliśmy o udział w festiwalu bez honorarium. Z każdą rozmową coraz wyraźniej było widać, że z idei zaczyna powstawać realne wspólne przedsięwzięcie. Przez pewien czas zakładałem, że część tych deklaracji może mieć charakter kurtuazyjny i że bliżej festiwalu ktoś się wycofa. Ale wszystkie instytucje potraktowały projekt poważnie, niezależnie od tego, czy podlegają ministerstwu, miastu czy marszałkowi województwa.

I nie było kłopotów z podziałem terminów?

To akurat ułożyło się od razu, kalendarz nie stał się przedmiotem sporów. Dla mnie ważnym symbolem była obecność Filharmonii Narodowej, instytucji chyba najbardziej kojarzonej z tradycją, powagą sali koncertowej i określonym rytuałem słuchania muzyki. A tu nagle ta sama orkiestra wychodzi pod Pałac Kultury i gra dla kilku tysięcy ludzi w plenerze. Właśnie o takie przesunięcie granic nam chodziło.

Beethoven inny niż w Filharmonii

Znam opinie filharmonicznych melomanów, którzy stwierdzili, że nie pójdą na plac nawet, gdy Beethovena gra słynny Lang Lang, bo to deprecjacja muzyki.

My doskonale wiemy, czego Plac Centralny nie potrafi. Nie da idealnej akustyki ani skupienia zamkniętej sali. Ale daje skalę, otwartość i poczucie, że muzyka naprawdę wchodzi w życie miasta. Kilka tysięcy osób siedzi pod Pałacem Kultury, obok przechodzą ludzie, ktoś zatrzymuje się przypadkiem, ktoś przychodzi specjalnie. Tego nie da się przenieść do sali koncertowej. Nie chcemy udawać filharmonii pod gołym niebem. Chcemy wykorzystać to, co w tym miejscu jest wyjątkowe, jego centralność, dostępność i możliwość stworzenia wspólnego przeżycia dla bardzo różnych ludzi. I mam nadzieję, że może dla części widzów będzie bodźcem, żeby w sezonie jesiennym pójść do opery, do filharmonii, do teatru muzycznego.

A jak na propozycję występu na placu zareagowały gwiazdy takie jak Lang Lang czy Sonya Yonczeva?

Dla Lang Langa miejsce występu było najmniejszym problemem, on słynie z tego, że gra na stadionach, placach, w plenerze. O pozostałych artystów bardzo się obawiałem, że przyjadą i mogą różnie zareagować. W umowy wpisywałem więc warunek, że przyjmują do wiadomości, iż występ odbędzie się w centrum miasta i będą hałasy. I nikt nie zgłaszał pretensji. Zresztą początkowo bałem się, czy gwiazdy w ogóle przyjmą zaproszenie. Jesteśmy przecież festiwalem bez historii, choć agent Sonyi Yonchevej i Jonathana Tetelmanna, których zaprosiłem do „Toski”, zapytał wprost, kim właściwie jestem. Wysłałem mu film z naszej plenerowej „Madame Butterfly” pod Pałacem Kultury i wtedy odpisał: „Możemy podpisywać kontrakt”.

Roman Osadnik i Lang Lang

Roman Osadnik, Lang Lang

Roman Osadnik i Lang Lang

Foto: Przemysław Jendroska

Festiwal z szansą na przyszłość

Czy władze Warszawy kupiły pomysł na imprezę długofalową a nie na jednorazowe wydarzenie?

Od początku zależało mi, żeby nie było to jednorazowe wydarzenie, ale początkowo miasto podchodziło do pomysłu z ostrożnością. Przełom nastąpił, kiedy wróciłem z pielgrzymki po warszawskich instytucjach i okazało się, że wszystkie chcą wziąć udział. Myślę, że ponadto opatrzność nad nami czuwała, bo organizacyjnie wszystko się udało, żadna z gwiazd się nie rozchorowała. Pogoda też dopisała, zdarzyła się tylko jedna burza, ale pięknie wpisała się w libretto „Czarodziejskiego fletu”. Pierwsza edycja była więc oczywiście testem – dla nas i dla miasta. Ale już w jej trakcie zacząłem myśleć o kolejnych edycjach i dziś mamy zgodę, żeby artystów umawiać z kilkuletnim wyprzedzeniem, a to dla mnie najlepszy dowód, że Centralny Plac Muzyki nie jest traktowany jako jednorazowy eksperyment. Warszawa ma znakomite festiwale muzyczne i bardzo silną ofertę kulturalną, ale myślę, że brakowało dużego festiwalu plenerowego, który łączyłby repertuar symfoniczny, operowy i musicalowy. Centralny Plac Muzyki może zająć to miejsce, ale potrzebuje ciągłości, własnej tradycji i programu planowanego z kilkuletnim wyprzedzeniem.

Jeśli chce się mieć światowych artystów, nie można działać po amatorsku.

Bez przerwy podkreślam, że do gwiazd trzeba wysyłać zaproszenie z trzyletnim, a nawet niekiedy z pięcioletnim wyprzedzeniem. To, że udało się sprowadzić Lang Langa było zbiegiem różnych okoliczności. Nagrywał w Europie cykl koncertów fortepianowych Beethovena i miał już wracać do Chin, a my wstrzeliliśmy się w moment po końcu jego pracy w studiu nagraniowym, a przed powrotem do domu. Po fakcie dowiedziałem się też, że bardzo lobbował za nami prezes jego fundacji Lukas Barwiński. Odpowiedź od Lang Langa z potwierdzeniem przyjazdu była dla mnie największym zaskoczeniem, bo napisałem bez większego przekonania, a nawet obawiałem się, że nikt nam nie odpisze.

Czytaj więcej

Sonya Yoncheva: Lubię postaci, w których narasta gniew

Jest pan zaskoczony, że się udało?

Pod wieloma względami. Nazwa Centralny Plac Muzyki zaistniała, a najbardziej cieszy mnie reakcja publiczności. Na 13 wydarzeniach mieliśmy około 35 tysięcy widzów z biletami, ale to nie oddaje całej skali, bo ludzie siadali też na trybunie honorowej, rozkładali koce i leżaki, zatrzymywali się przy barierkach. Część tylko na chwilę, ale wiele osób zostawało do końca. I to pokazało mi najmocniej, że festiwal naprawdę żył razem z placem i miastem.

Gwiazdy zamówione na 2027 rok

Jeszcze w trakcie festiwalu zaczęliście ogłaszać program na przyszły rok. To była gra va banque?

Wydaje mi się, że to powinien być absolutny standard. Mając publiczność należy jej mówić, co proponujemy za rok, tym bardziej, że Centralny Plac Muzyki nie ma tradycji. A ponadto przypada na początek wakacji, więc dobrze jest wcześniej poinformować widzów, że ich ulubiony artysta pojawi się w Warszawie w tym czasie. A może ktoś z Polski zaplanuje sobie na ten termin przyjazd na Centralny Plac Muzyki. Dla nas to jest trochę gra va banque, bo jak się coś ogłosi, potem trudno się z tego wycofać.

Czy wszystkie instytucje warszawskie chcą za rok stawić się na Centralnym Placu Muzyki?

Tak, co więcej, dołączy do nas Narodowe Centrum Kultury, które zorganizuje pokaz filmu „Dracula” z muzyką Wojciecha Kilara graną na żywo, będzie to wielkie widowisko. I pojawią się instytucje spoza Warszawy, Opera Śląska zaprezentuje koncertowe wykonanie „Halki”, w roli tytułowej wystąpi Amerykanka Corinne Winters, a Jontkiem będzie laureat Konkursu Moniuszkowskiego, chiński tenor Long Long, który teraz w przerwach między występami na festiwalu w Bregencji nauczył się tej partii. Wspierać ich będą nasi śpiewacy odnoszący sukcesy za granicą: Hubert Zapiór w roli Janusza i Krzysztof Bączyk w roli Stolnika. Są inne instytucje, które chciałyby do nas dołączyć w kolejnych latach.

A wielkie gwiazdy?

To choćby „Rycerskość wieśniacza” Mascagniego, którą przygotuje Orkiestra Polskiego Radia w Warszawie pod dyrekcją Basema Akiki. W obsadzie jest Aleksandra Kurzak, brytyjsko-włoski tenor Freddie Di Tommaso i znakomity baryton francuski Ludovic Tézier. A w roli Mammy Lucii wystąpi legendarna Nina Stemme. Nieśmiało napisałem do jej agencji, bo nie chciałem urazić tak wybitnej artystki szalonym pomysłem występu w niewielkiej partii. Okazało się, że jej marzeniem było zaśpiewanie Santuzzy w tej operze i nigdy się to nie udało, więc na zwieńczenie kariery z chęcią przyjmie mniejszą rolę. To kolejny dowód, że jak ma się pomysł, warto o nim rozmawiać i nie bać się.

Ale trzeba mieć rozeznanie do kogo zwrócić.

Żeby zbudować taki festiwal, potrzebne jest połączenie kompetencji menedżerskich z konkretnym rozeznaniem artystycznym: kogo zaprosić, jak zestawić repertuar, kto pasuje do danej roli czy projektu. To wyrasta z mojej wieloletniej pasji do muzyki, szczególnie opery, z lat śledzenia artystów, ich karier i repertuaru. Dzięki temu łatwiej przekładać pomysł na realny program i konkretne nazwiska. Tak było choćby przy współpracy z Baltic Opera Festival, której efektem będzie 2 lipca 2027 r. „Fidelio” Beethovena z Sinfonią Varsovia pod dyrekcją Davida Afkhama, Chórem Opery Bałtyckiej i gwiazdami Metropolitan Opera: Ekateriną Gubanovą, Michaelem Spyresem i Tomaszem Koniecznym.

Roman Osadnik i dyrektorzy Fuilharmonii Narodowej, Zofia Zembrzuska, Krzysztof Urbański

Roman Osadnik, Zofia Zembrzeuska, Krzysztof Urbański

Roman Osadnik i dyrektorzy Fuilharmonii Narodowej, Zofia Zembrzuska, Krzysztof Urbański

Foto: Przemysław Jendroska

Pomysł wydaje się oczywisty: w 2027 roku przypada 200. rocznica śmierci Beethovena. Jak chcecie ten jubileusz zaznaczyć?

Od 20 czerwca zaprosimy na komplet jego symfonii, które zagra Sinfonia Varsovia pod batutą Christiana Zachariasa, Oksany Lyniv i Alexandra Soddy’ego. Szczególnie ważny będzie finał, gdy IX Symfonię wykonają wspólnie Sinfonia Varsovia i Filharmonia Narodowa pod dyrekcją Krzysztofa Urbańskiego. Ten koncert ma dla mnie również znaczenie symboliczne, bo warszawskie instytucje wciąż częściej działają równolegle niż wspólnie. A tutaj dwie znakomite orkiestry spotkają się na jednej scenie.

Podobną ideę chcemy rozwijać w innych wydarzeniach, Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina przygotuje „Carmina Burana” Orffa z udziałem połączonych warszawskich chórów akademickich. Właśnie takie spotkania są dla mnie jednym z najważniejszych sensów Centralnego Placu Muzyki. To nie jest mój festiwal, tylko nasze wspólne przedsięwzięcie. Bez zaangażowania wszystkich instytucji po prostu by go nie było.