Ponownego lockodownu, nawet przy dużej liczbie zachorowań, nie będzie?
Bezwzględnie trzeba wymagać od społeczeństwa restrykcji, które już istnieją. Znaczna część społeczeństwa kwestionuje samą epidemię, mamy incydenty zrywania masek lekarzom przy dyskusjach, wyzywania osób, które jeżdżą w maseczkach, mamy incydenty, że rodzice zakazują dzieciom nosić maski w szkole, gdzie inne dzieci są narażone na zagrożenie. Dopóki nie przebijemy się do tej części społeczeństwa, nie damy rady z epidemią.
To może powinny być większe rygory karne?
Społeczeństwa chińskie, tajwańskie, koreańskie noszą maseczki i policja tępi za naruszanie tych zakazów. W Monachium za brak maski w pomieszczeniach zamkniętych jest od razu mandat 50 euro.
Na początku te zasady były przestrzegane, ulicami chodziły służby, których teraz nie widać.
Nie ma. Niestety kilka dni po wprowadzaniu tamtych restrykcji, oficjele pokazywali się wiele razy publicznie bez masek i ograniczeń. To było skandaliczne. Ale dla ludzi o mniejszej świadomości tego, co się dzieje, restrykcje są niejasne, skoro oficjele ich nie przestrzegają. Po co ja mam przestrzegać, jak nawet władza odpowiedzialna za wprowadzanie nakazów nie przestrzega?
To co się teraz dzieje to pochodna tego?
Ludzie denerwują maski, restrykcje – to normalna sprawa. Zawsze się rozgrzewamy emocjonalnie, nie umiemy pryncypialnie, konsekwentnie pracować jako naród. Niestety to podejście się poluzowało. Poza tym, większość ludzi nie chorowało albo chorowało delikatnie – szczególnie młodzi, więc nie widzieli sensu w noszeniu maseczek, bo nie czuli się zagrożeni. To, że narażają osoby starsze, ich nie interesowało, bo to nie ich sprawa.
Współpraca: Joanna Leśnicka