Reklama

Księżyc w Ghanie i nad Bugiem

O ich pasji świadczą zegary. Cztery identyczne tarcze zawieszone w kuchni wskazują aktualny czas w Londynie, Nowym Jorku, Tokio i Warszawie

Publikacja: 16.04.2008 12:01

Księżyc w Ghanie i nad Bugiem

Foto: Rzeczpospolita

Anna Sławkowska-Rode i Andrzej Rode mówią, że ich związek był czymś oczywistym. Trafiły na siebie podobne wyobraźnie podróżnicze i podobne marzenia pielęgnowane od dziecka. Są parą od liceum, małżeństwem od 32 lat. Uwielbiają wspólnie zwiedzać glob i zwozić pamiątki z dalekich krajów. W latach 1993 – 2000 mieszkali w Londynie, skąd łatwo było wyskoczyć w każdą stronę świata. Mają syna Mikołaja, obecnie studenta filozofii na Oxfordzie. Do rodziny zaliczają też kota Makarego rasy mazurski tygrys.

Kolekcję gromadzili przez całe wspólne życie. I wciąż zbiór się rozrasta. Składają się nań przedmioty będące od lat własnością rodziny, znalezione, kupione w antykwariatach lub galeriach. Nie zależy im na rzeczach szczególnie cennych, lecz na fascynujących, pięknych, osobliwych, pobudzających imaginację. Dla Anny – będących również malarską inspiracją. Trofea i skarby z odległych wojaży są wyeksponowane wszędzie. Rozmieszczone w sposób niezwykle przemyślany, współtworzą zaskakujące układy z obrazami Anny, współczesnymi przedmiotami użytkowymi, zabytkowymi meblami. Opowieści o podróżach zaczynają się już w przedpokoju, gdzie wiszą maski z Kenii – bóg wiatru i bóg oceanu.– Podczas przyjęć ten od wiatru zawsze dostaje coś do gęby. Może być pet, łyżeczka, serwetka. Czekam, aż komuś przyjdzie do głowy wsunąć banknot… – żartuje Anna.

Po przeciwnej stronie hallu króluje indyjski bóg Ganesza z trąbą słonia. Do jego obowiązków należy czuwanie nad rodzinnym szczęściem. Pod nim stoi wspaniale rzeźbione krzesło. Jedyne ocalałe z kompletu liczącego 24 sztuki, z jadalni rodziców Rodana, jak mówią znajomi na Andrzeja. Nieopodal wiszą kompozycje pani domu. Na pozór abstrakcyjne, w kontekście kolekcji zyskują treść. Na przykład płótno „Cztery ogony” naprawdę przedstawia kity zwierzęce zdobiące dzidy afrykańskich wojowników.

Inny sens mają trzy obrazy wiszące w pokoju Mikołaja. Tu ważna jest kolorystyka i powtarzające się rytmy. W ten sposób autorka przekazuje swoje odczucie harmonii Czarnego Lądu. Na parapecie stoi gigantyczne srebrne jajo. Z daleka? Nie, z Galerii Zapiecek, gdzie pojawiło się wprost z pracowni wrocławskiej ceramiczki Krystyny Kaszuby. Obok wisi XVIII-wieczna ikona ze świętym Mikołajem – prezent na 18. urodziny syna. Dookoła mnóstwo fascynujących przedmiotów. Tu gong marokański, ówdzie afrykański czerpak do wody, przy jednej z półek – angielska budka dla ptaka.

W salonie zwraca uwagę zabytkowy kufer podróżny. Niezgrabny, masywny. Widać, że ma na koncie niejedną przeprawę. Praca polskiego rzemieślnika z początku XIX stulecia. Popłynął wraz z przodkami Anny na emigrację do Ameryki, a w latach 70. zeszłego wieku wrócił razem z babką, która w tę skrzynię zapakowała dobytek. Na kufrze – ogromny zbiór kamieni. Inne zachomikowane są w piwnicy, umieszczone w wielu miejscach.

Reklama
Reklama

– Nawieźliśmy w sumie ponad 300 kilogramów otoczaków zebranych z różnych plaż. Nieraz bywało trudno przemycić ten towar – przyznaje Rodan.

Na podłodze przy skrzyni pyszni się wielka ruda tykwa. – To nie wazon, lecz instrument muzyczny z Kenii – tłumaczy Anna. – Wymieniliśmy go za lotniczą saszetkę kosmetyczną i pastę do zębów. Właściciel uznał, że będziemy stratni i dorzucił jeszcze rzeźbę żółwia.

Honorowe miejsce w rogu salonu zajmuje największy obiekt z kolekcji. XIX-wieczna tarcza wojownika Papuasów. Wykonana z jednego kawałka drewna, na awersie pokryta rzeźbami wyrzezanymi toporkiem. W środku widoczne pęknięcie zostało zaszyte zwierzęcymi jelitami.

– Wokół tej tarczy chodziliśmy przez półtora roku. Nie było nas na nią stać, londyński antykwariusz podał zaporową cenę. Wreszcie zdecydowaliśmy się. Jest naszą dumą – mówi Rodan.

Nad kanapą wisi egipska tkanina udająca fresk z grobowca. Aplikacje ze szmatek plus hafty. Przypomina współczesne tekstylne kompozycje zwane patchworkami.

– To produkcja egipskiej cepelii – żartuje Anna. – Tkaninę przywiozła w czasie II wojny jedna z ciotek. Przez kilkadziesiąt lat materiały pożółkły, zetlały i wyszlachetniały. Dostaliśmy patchwork w spadku. Tworzy dobry klimat dla dwóch przepięknych leopardów z brązu, dzieł powstałych w afrykańskim Królestwie Beninu, a kupionych w londyńskich antykwariatach. Większy kot stoi na parapecie. Niestety, jest ubiegłowieczną kopią. Za to mniejszy jest szlachetnie urodzony – pochodzi z XVII wieku. Zajął eksponowaną pozycję nad kominkiem. Za sąsiada ma japońskie inro (drewnianą saszetkę na pieniądze noszoną przez mężczyznę). Przedmiot wygląda ogromnie współcześnie, z geometrycznym deseniem z czarnego i brązowego drewna, a ma średniowieczny rodowód.

Reklama
Reklama

Państwo Rode nie startowali z kolekcjami od zera. W ich najbliższych rodzinach trafiali się fani podróży i egzotycznych przedmiotów.

– Moja familia wojażowanie ma we krwi. Mnie zaraziła ciotka Irena, która wyemigrowała z mężem do Maroka w 1936 roku – opowiada Rodan. – W miejscowości Ben Slimane, na terenie francuskiego garnizonu, założyła aptekę. Jedyną w promieniu 50 kilometrów! Zatrudniła mnie jako kogoś w rodzaju ochroniarza. W dni suku (targu) przyjeżdżał do nas kilkusetosobowy tłum na wielbłądach i osłach. Żeby jakoś tę gawiedź opanować, wydawałem numerki. Ciotka płaciła mi za tę pracę niewielkie kwoty. Stać mnie było na gest – kupiłem Ani w Casablance jej pierwsze olejne farby. Uwielbiałem wyjazdy do Maroka. Płynęliśmy statkiem handlowym, który zawijał do różnych portów po drodze. Rejs trwał czasem ponad tydzień, a niekiedy miesiąc. Wtedy też zaczęła się moja pasja kolekcjonerska.

– Mnie manię zbieractwa przekazał ojciec – przyznaje Ania. – Przywoził niezwykłe rzeczy, zdjęcia, filmy i snuł opowieści. Mama, która mieszka w tej samej kamienicy piętro niżej, przechowuje zgromadzoną przezeń kolekcję. Najcenniejsza jest maska czarownika. W nieodpowiednich rękach może być niebezpieczna. Żeby ją przywieźć, potrzebne było specjalne zezwolenie.

W zeszłym roku po raz pierwszy byli w Zanzibarze. W poprzednich latach odwiedzili Kenię, Tanzanię, Sri Lankę. Wyprawa, do której chętnie wracają wspomnieniami, to Cejlon. W dawnej stolicy Kandi trafili na tutejsze święto: procesję z zębem Buddy. Tę bezcenną relikwię unosi słoń, za którym kroczy orszak złożony z setki słoni i kilku setek sprzątaczy. Po czterech na każde zwierzę. Bo defilujące słonie są przejęte swoją rolą i zdarza im się okazywać zdenerwowanie w postaci defekacji. A odchody takiego olbrzyma to nie żarty.

Pochód trwa całą noc. Uczestniczące w nim zwierzęta przypominają choinki przystrojone jarzącymi się, wielobarwnymi lampkami. Każdy słoń dźwiga akumulator do zasilania oświetlenia. Przodownik ma na grzbiecie najbardziej skomplikowaną konstrukcję: zasilacz, a na nim pagodę z relikwią.

– Każdy przedmiot w naszym domu to fragment życia i historia – mówi Rodan. – Tu prawie nie ma rzeczy ze sklepu. Ale gdybym miał wskazać mój ulubiony obiekt, wybrałbym figurkę Masajki. Wypatrzyliśmy ją w Kenii, w jakiejś szopie pełniącej funkcje sklepu. Leżała w kącie, na wpół przegniła. Nikt jej nie chciał. Tymczasem nas urzekła surową, chropawą urodą. Pewnie ma z pół wieku i większą wartość, niż współcześnie wyrabiane pamiątki z Afryki.

Reklama
Reklama

– A ja ponad wyroby ludzkie przedkładam twory natury. Skamielina znad kominka była kiedyś, mniej więcej 40 milionów lat temu, brazylijską sekwoją – zachwyca się Anna. – Ale to szczeniak wobec amonitu, który zdaniem znawców liczy 160 milionów lat, czyli pochodzi z ery mezozoicznej, z terenów Dorset. Mam dla niego szczególne poszanowanie. Uwielbiam trzymać go w ręku, dotykać. Wciąż robi na mnie wrażenie! Nie mniej niż egzotyka liczy się dla mnie nasza wieś. Mamy chałupę w widłach Bugu i Narwi i tam też czuję się szczęśliwa. Kogut pieje, krowa ryczy, czuję swojskie zapachy. Ekscytujące doznania. Zresztą, gdy przemierzamy Afrykę, również oglądamy czyjąś wieś. Jakiś facet w Ghanie i my nad Bugiem patrzymy na ten sam Księżyc. A on świecił także nad brazylijską sekwoją i nad amonitem z Dorset. Kiedy się o tym myśli, problemy codzienności przestają mieć znaczenie.

Inżynier transportu. Od dzieciństwa podróżował dzięki rozrzuconej po świecie rodzinie. Pierwszym krajem, który odwiedził, było Maroko. Mieszkał tam dwa lata, uczył się w szkole francuskiej. Po studiach zaczęły się jego podróże zawodowe związane z lotnictwem.

Projektantka, malarka. Jej największa pasja to egzotyczne podróże. Zainteresowanie przejęła po ojcu – filmowcu, operatorze Polskiej Kroniki Filmowej, który „był wszędzie”, w Afryce spędził dwukrotnie rok. Naturalną konsekwencją były wojaże córki.

Kultura
Słowacki Trenczyn Europejską Stolicą Kultury 2026
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Kultura
Bożena Dykiel. Od nimfy na Hondzie do lokatorki z domu na Wspólnej
Kultura
Nie żyje Bożena Dykiel
Kultura
Sztuka i biznes. Artyści na jubileusz Totalizatora Sportowego
Materiał Promocyjny
Ikona miejskiego stylu życia w centrum Gdańska
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama